×
Menu

Mariusz Walczak

"za świat, który chciałbym ujrzeć"

Home

Opowiadania

Bestia naszych czasów

By Mariusz Walczak22 marca 2020in Inne, OpowiadaniaComments Off

Istnieją zakazane pieśni przekazywane z pokolenia na pokolenia, które szepczą o przybyciu bestii co zjada dusze. Mędrcy co potrafią rozczepić noc nie potrafią wytłumaczyć jej istnienia. Nawet filozofowie, którzy odpowiedzieli na nurtujące ludzkość pytania nie potrafią wyjaśnić jej celu. Najdzielniejsi wojownicy co dożyli starości w chwale i glorii nie potrafią z nią wygrać. A wszystko to ze względu na to, że nikt tej bestii nigdy nie widział chociaż naprawdę ona istnieje.


Jest jak cień co porusza się wśród zarośli. Szepcze złe słowa. Zatruwa jadem ciało i umysł. Jest niczym kot co bawi się swoją zwierzyną. Atakuje znienacka, chwyta za gardło i dusi zanim nie ujrzy łzy w oczach swej ofiary. Wtedy puszcza ze swoich sideł i chowa się w najmroczniejszych zakamarkach mroku. Czeka na kolejną okazję. Jest cierpliwa, nieobliczalna, silna i nie zna litości. Będzie powtarzać ten zgubny rytuał aż w końcu ofiara powie dość i sama sobie odbierze życie, bo ta bestia bądź co bądź jest padlinożercą.


W legendach przedstawiana jest jako szarość i mizerność. Niekiedy ktoś odważy się porównać ją do niszczycielskiego smoka bądź gniewnego boga. Jest diabłem, demonem, upadłym aniołem. Jest cieniem, czernią oraz manipulatorem. Jest diabłem, kusicielem i powykręcanym przyjacielem.


Pod jej nogami drżą kontynenty emocji, góry marzeń klękają, a drzewa dnia codziennego łamią się u samych podstaw. Oceany zdrowego rozsądku rozstępują się na jej komendę. Jest niczym mistyczna Meduza, bo gdy spojrzy w swą ofiarę swym bezczelnym, aroganckim, nikczemnym wzrokiem dusza kamienieje i rozlatuje się na miliardy małych trocin. Jest niczym otchłań co powoli pożera nasze jestestwo.


I pomimo tego, że pożarła tysiące śmiałków wciąż jest głodna. Jest wiecznie nienasycona. Każdego dnia czyha na nową wyżerkę. Więc jeśli słyszysz wśród szelestu liści niewyraźny szept, a ciarki niczym rozpędzone dzikie stado koni w popłochu galopuje wzdłuż kręgosłupa musisz wiedzieć jedno – jest niedaleko i czeka na twój najmniejszy gest słabości. Na jeden upadek za dużo, na jeden przypływ gniewu za dużo, na jedną rysę na duszy za dużo. Czeka. Bestia czeka niestrudzenie.


A gdy cię dopadnie – nigdy już cię nie opuści dopóki z tobą nie wygra, bo ona nie zna słowa „porażka”. Zatem zostałeś ostrzeżony przed bestią, która nie ma imienia, nie ma ciała, ale ma władzę nad mrokiem naszych dusz. O to bestia naszych czasów…

Świt Pieczęci – informacje

Korzystają ze sposobności postanowiłem podzielić się paroma informacjami w związku ze zbliżającymi się premierami książek, bo warto zaznaczyć, że nie jeden, a dwa tytuły w tym roku będą starały się rozpieścić Wasze zmysły barwnymi, ekscytującymi historiami na pograniczu mroku i fascynacji! Nie przedłużając:

  • Premiera Świtu Legend, a związku z tym, zapowiedź konkretnej daty musi zostać odłożona w czasie. W czasie ostatniej prostej zostały odkryte pewne niedociągnięcia, które trzeba wyeliminować przed właściwą premierą. Zapewne konkrety pojawią się w pierwszej połowie lipca. Wierzę, że właśnie wtedy będę mógł przybliżyć Wam mroczny świat fantasy, gdzie bogowie, smoki i magia zostały na nowo rozpisane jako zalążek wielkiej historii świata Tanis, który zostanie mocniej nakreślony w przyszłym roku.
  • Horror o tytule Czwarta Pieczęć powinien pojawić się na początku sierpnia i aby uatrakcyjnić premierowy czas planuję na obecną chwilę dwa konkursy, gdzie do wygrania będzie łącznie (w zależności od zainteresowania) 20 egzemplarzy tejże powieści, która nawet mnie elektryzuje! Z ręką na sercu obiecuję Wam, że warto poczekać jeszcze te kilka tygodni.
  • Pytacie,  co później? Sława, chwała, pieniądze i królestwa! A mówiąc już bez przesadyzmu komicznego to już teraz bez wytchnienia pracuję nad nową serią (tak, serią!) thrillerów kryminalnych, gdzie historia została osadzona w alternatywnym świecie pełnym magii i zupełnie nowej technologi. Jak zwykle będzie mrocznie, intrygująco z barwnymi postaciami oraz dojrzałą fabułą, która powinna Was niejednokrotnie zaskoczyć.
  • Jest to jednak melodia, może niezbyt odległej, ale wciąż przyszłości więc spoglądając ponownie na najbliższy czas postaram się być bardziej aktywny w związku ze zbliżającymi się premierami, aby przybliżyć Wam dwa różne, ale bogate światy, które nakreśliłem w swoim umyśle i przelałem na papier. I chociaż, tak jak pisałem na wstępie, co do pierwszej książki nie mam twardej daty to wierzę, że tytuł będzie mógł zagościć na Waszych półkach jeszcze przed zakończeniem wakacji.
  • Do zobaczenia już wkrótce!

Sen

By Mariusz Walczak5 października 2018in OpowiadaniaComments Off

Któregoś ranka kilka sekund przed tym jak zdołałem się przebudzić miałem sen. Widziałem w nim mężczyznę, a raczej starca z siwą, poskręcaną brodą oraz z brudnopopielatą chustą na głowie. Skrawek materiału trzepotał na wietrze, a gdy zbliżył się do mnie na wyciągnięcie ręki owa apaszka przeobraziła się w pęk tłustych, niezadbanych włosów.

Uśmiechnął się szczerząc pożółkłe zębiska. Miał płaski, bokserski nos, wypłowiałą, kilkudniową brodę, popękane usta oraz mgliste spojrzenie. Przygarbiony szedł powoli. Mijając mnie skinął głową, a będąc już kilka kroków ode mnie uniósł wyżej świecznik, którzy trzymał przez całą swą drogą w lewej ręce. Chwyt wyglądał na pewny, silny, wręcz spoglądając na jego dłoń naprężoną wokół posrebrzanego trzonu miałem wrażenie, że jego ręka należy do dwudziestoletniego młodzieńca. Zdmuchnął następnie jedną z sześciu palących się świec.

Pozostałe płomienie rozciągnięte do góry zatańczyły w powietrzu trzymając się kurczowo knotów wystających z mlecznych szczytów. Z czarnego lontu uniósł się gęsty, smolisty dym o grafitowym odcieniu układając się kilkanaście centymetrów wyżej w małe skupisko. Masa zaczęła się formować, zniekształcać, a z foremnej figury wyskoczyły pięć strzał ułożonych na wzór pentagramu. Po chwili z tych podłużnych form wykształciła się para nóg, para rąk oraz samotna na szczycie głowa. Całość przypominała dziecko tuż po urodzeniu, a gdy zerwał się wiatr zimny niczym oddech diabelski dymna wizja odeszła w zapomnienie.

Znów spojrzałem na mężczyznę idącego po wydeptanej ścieżce, która z perspektywy wyglądała jak wijący się wąż przecinający czarną, bezdenną przestrzeń i pomimo tej smolistej, gęstej czerni widziałem wyraźnie postać sunąca przed siebie. Brzęczał łańcuchem przywieszonym do spodni, gdy żelazna ozdoba dyndając na boki obijała koślawą nogę. Odwróciwszy się do mnie, starzec zdmuchnął drugą świecę. Pozostałe płomienie do tej pory jasnopomarańczowe nabrały granatowego odcienia.

Z kłębów dumy tym razem uformowało się dziecko co mogło mieć najwyżej sześć lat. Zapamiętałem jego bystre, przenikliwe, ciekawskie spojrzenie. Miałem wrażenie, że spogląda na mnie tracąc radość. Zanim krnąbrne wietrzysko zmazało niestabilne malowidło dostrzegłem posmutniałą, kamienną twarz chłopca jakby z rozczarowaniem oceniał moje dokonania, których dla niego brakowało.

Starzec w hebanowej marynarce w tym czasie stał się niewyraźnym punktem na horyzoncie, którego z trudem potrafiłem zaobserwować. Jednak odkryłem z fascynacją, że mrużąc oczy obraz przybliżał się jakbym używał lornetki. Przez chwilę zabawiałem się tym fenomenem niczym to dziecko co odeszło z grymasem na buzi. Łzy zebrały się w kącikach, zatańczyły pieśń żałobną na krańcach rzęs i uderzyły o twardą ziemię. Przy kontakcie z gruntem wydały dźwięk charakterystyczny do pluśnięcia.

Zaintrygowany spojrzałem w dół, potem zszokowany w górę, a następnie na boki. Znalazłem się pośrodku otchłani. Miała konsystencję wody, a owa spokojna ciecz wypełniała całą przestrzeń niczym ocean. Nie czułem strachu. Moje jestestwo przeszyło zachwyt. Wyobrażałem sobie jak stado dzikich koni symbolizujących me podniosłe emocje galopuje przez zalesione stepy moich uczuć. Niemalże słyszałem dudniący odgłos kopyt uderzających o podłoże.

Z tej fascynacji wybiło mnie kolejne brzydnięcie łańcucha uderzającego o tylną część uda. Posmutniały odkryłem, że tajemniczy starzec co ani przez moment, jak zakładałem, nie zatrzymał się trzyma w lewej dłoni świecznik z tylko dwiema palącymi się świecami. Pozostałe wyglądały jakby były martwe. Widziałem jak mikroskopijne demony czasu zjadają woskowe dusze.

Wtedy poczułem się nieswojo. Usłyszałem zza swoimi plecami szum zbliżający się w moją stronę. Nie odważyłem się zerknąć na potęgę, która sunęła jak tsunami. Otchłań zadrżała, a coś gwałtownie pchnęło mnie do przodu. Nagle to ja pędziłem jak oszalały, a starzec w bezruchu czekał na mnie. Widziałem na czarnym płótnie obrazy ze swego życia. Ponownie je doświadczałem w ekspresowym tempie.

Płakałem przy narodzinach, stękałem z bólu przy ząbkowaniu, spałem w łóżeczku, ogrzewałem się w matczynych ramionach, by przeskoczyć do lat szkolnych gdzie jako młodzieniec po raz pierwszy pocałowałem dziewczynę, zostałem pobity, upiłem się na imprezie czy skosztowałem magii książek. Byłem jak niespokojna żaba skacząca od historii do historii. Czas pędził niczym wicher ukazując mi licealne lata, pierwszy seks, pierwsze rozczarowania, pierwsze chwile grozy. Poznawałem na nowo twarze ludzi, których spotkałem na swej drodze. Przypomniałem sobie o stresie przy pierwszej pracy. Serce zabiło mocniej, gdy dowiedziałem się co to zdrada. Opływałem w szaleńczej samotności przez dłuższy czas.

Po chwili tej kakofonii pamięci znalazłem się na wysokości starca, który czekał jak koślawa rzeźba wyryta w drzewostanie. Spojrzał na mnie, a ja na niego. Dmuchnął ponownie w świecę najdalej ustawioną na prawo. Doświadczyłem całym ciałem jak jakaś drobna, ale istotna część mnie umiera wraz z gasnącym płomieniem. Wraz z psychicznym bólem przyszła prawda – jałowa, martwa niczym pięć zwęglonych knotów – poznałem w końcu siwego starca. Spuścił nos na kwintę, upadł na kolana i patrzył jak oddalam się od niego, jak oddalam się od własnego ja, które pragnęło uświadomić mnie o zbliżającym się końcu.

Zanim się przebudziłem oblany zimnym potem dostrzegłem na sam koniec wyginając się do tyłu tańczący na wietrze ostatni płomień lśniący niczym blask nadziei. Była to płocha, niewinna myśl, ale tylko dzięki tej szkarłatnej idei potrafiłem odetchnąć z ulgą. To był tylko zły sen, dopowiedziałem w duchu, ale gdzieś ukryła się w ciemnych, zapomnianych zakamarkach deklaracja, że życia właśnie umyka mi przez palce, a nieznośny czas dmucha w me zapalone świece.

Roztrzęsiony wytarłem pot z czoła, ubrałem się, zjadłem śniadanie i zacząłem nowy dzień. O śnie zapomniałem przed południem wracając do nieświadomej prozy codzienności.

Seryjny samobójca

By Mariusz Walczak27 czerwca 2018in Opowiadania, Sci-fiComments Off

Łysiejący mężczyzna z pokaźnym, wystającym brzuchem zaciągał ustami rozżarzony papieros. Przytrzymał dym przez chwilę w płucach po czym wypuścił z grymasem niezadowolenia na twarzy. Nie znosił smaku tego syntetycznego cholerstwa, które miesięcznie zżerało jedną czwartą jego pensji. Zawsze, gdy kończył dopalać fajkę łapał go ciężki, charczący kaszel.

– Drogie świństwo wybrałeś. Podobno smakuje jak prawdziwe gówno z początku dwudziestego pierwszego wieku kiedy ludzie uwielbiali się truć nikotyną. – zza pleców wyskoczył młodszy detektyw z roztrzepaną na boki grzywką

– Smakuje to cholerstwo dużo gorzej niż je określiłeś. – zaciągnął się ponownie z jeszcze większą niechęcią wymalowaną na podłużnej twarzy

– To po co w ogóle palisz syntetyka?

– Żeby cię wkurzyć łajzo. – wypuścił dym z ust. Po krótkiej męczarni z okrutnym kaszlem cisnął niedopałek na bok, który przeturlał się popychany przez świdrujący tej nocy zimny wiatr na krawędź budynku. Zatańczył robiąc kapryśnego fikołka, by po chwili spaść w ramiona miejskich ulic. – Dobra, weźmy się do roboty. Co my tutaj w ogóle mamy?

Jego lewe oko będące wysokiej jakości implantem zabłysnęło karmazynowym światłem. Para policjantów stała nad ciałem nagiego mężczyzny podziurawionego przy pomocy leżącym tuż obok zakrzywionego noża z prawdziwej stali. W obecnych czasach przedmiot ten można było zaliczyć do eksponatów muzealnych, ponieważ praktycznie zrezygnowano z ostrych przedmiotów w domach zastępując je androidami do prac domowych.

– Kolejny, cholerny samobójca. – odparł drugi oficer, który wyraźnie utykał na lewą stronę. Nie było go stać na droższą protezę nogi więc musiał się zadowolić podstawowym ubezpieczeniem państwowym, które przyznało mu kończynę z odzysku. Posiadała defekt w postaci słabo zginającego się kolana – To już czwarty w ciągu ostatniego tygodnia.

– Jezu. – jęknął z niechęcią – Nienawidzę tej papierkowej roboty. – rozpoczął pobieżny skan wypełniając raport podłączając się do chmury policyjnych danych – Ci ludzie to mają fantazję. Zamiast strzelić sobie w głowę to musiał się zadźgać prymitywnym narzędziem.

– I to szesnaście razy! – zauważył cynicznie – To się nazywa nienawiść do życia. – podrapał się po gładko ogolonej brodzie wyglądając na kogoś kto próbuje sobie coś przypomnieć – W zeszłą środę miałem dopiero denata z wyobraźnią. – odparł podekscytowany – Wpierw sądziłem, że podciął sobie gardło, bo taką informację dostałem od przełożonego, ale okazało się, że gościu obciął sobie głowę i wyrzucił do śmietnika. Rozumiesz? Do śmietnika. – parsknął zdrowo śmiechem pokazując tytanowe zęby ukształtowane na popularnej retro modzie wampiryzmu.

– To ten tutaj – kiwnął zachęcająco głową wskazując głęboką ranę ciętą na szyi przez którą można było zobaczyć język – faktycznie podciął sobie gardło zanim rozpruł sobie bebechy.

– W ogóle nie rozumiem tego chorego prawa, że do samobójców wysyłają wciąż ludzi. – splunął na twarz denata z odrazą – Powinni wysyłać jedynie androidy. Porobiłyby zdjęcia, wysłały dane i sprawę można by było zamknąć w kilka chwil.

– Przede wszystkim byłoby wygodniej. – rozejrzał się po krwawym miejscu zbrodni widząc wyraźną smugę krwi zaczynającą się od stalowych drzwi prowadzących do wnętrza budynku aż do samego ciała przeciągniętego na sam skraj dachu. Nie zwrócił zbytnio na nią uwagi – A tak to my musimy spisać protokół jakby ktoś jeszcze miał wątpliwości co tu zaszło. – podniósł ramiona zniechęcony do swoich obowiązków – W ogóle – wyciągnął kolejną syntetyczną fajkę przy dezaprobacie partnera – zauważyłeś, że po wprowadzeniu nowego prawa zakazującego morderstw ludzie częściej popełniają samobójstwa?

Niższy mężczyzna pokuśtykał w prawą stronę unikając szarego dymu papierosowego lecącego w jego stronę. Nie zważając na miejsce zbrodni podeptał dowody przeskakując ułomnie nad trupem. Przywołał po chwili wiszącego w powietrzu drona, który złożył się w locie w małą kostkę Rubika. Detektyw schował narzędzie do kieszeni swego brązowego płaszcza.

– Poważnie? – odchrząknął starając się przemyśleć temat – Naprawdę? Jakoś nie zauważyłem. – klepnął przyjacielsko w plecy – Za dużo czytasz głupot. Teraz masz tego efekty! Jakieś głupkowate teorie spiskowe. Daj sobie spokój. – odparł kąśliwie gibiąc się jak wahadło od starego zegara puszczone w ruch

– Może masz rację. – dopalił drugą fajkę wiedząc, że po niej pozostanie moralny kac w postaci uciążliwego bólu głowy. Przełknął gorzką ślinę wiedząc, że w apartamencie czeka na niego duża dawka płynnego środka przeciwbólowego, którego bez żadnych skrupułów będzie mógł zażyć – Chyba ludzi od pewnych rzeczy się nie oduczy.

– Dokładnie! W końcu – podszedł bliżej krawędzi, by wskazać palcem na rozłożone na horyzoncie slamsy jak rak toczący zdrową tkankę miasta – rząd zakazał dawno temu biedy, a oni wciąż siedzą w tej chorej dziczy. Dlaczego? – zaczął wymachiwać rękoma jakby tłumaczył zawiłe pojęcia filozoficzne – A już ci mówię. To z przyzwyczajenia. Tak samo tutaj. Ludziom zakazali mordować to zabijają siebie, bo nie mogą się zasymilować do nowego trybu życia.

Drugi mężczyzna słuchał uważnie przytakując w zadumie. Po wypaleniu dwóch cynicznie obrzydliwych smakowo syntetycznych papierosów, spisaniu protokołu zgodnie z przyjętą ustawą o zakazie morderstw oraz posłuchaniu kolejnego wywodu na temat ludzkiej natury, postanowił, że na dzisiaj ma dość.

Ponadto był środek nocy. Obaj byli wkurzeni z tego powodu, że zostali przymusowo ściągnięci do samobójstwa, więc nie przedłużając tej okropnej męczarni postanowili rozejść się do domów. Filozof szybko opuścił dach wieżowca. Łysiejący detektyw jeszcze zarzucił spojrzeniem na panoramę rozświetlonego pstrokatymi reklamami miasta. Zerknął z niechęcią jeszcze raz, by uspokoić sumienie, na nagiego denata. Podszedł bliżej, gdy ujrzał błyszczący się przedmiot niewielkich rozmiarów. Trup trzymał „coś” w dłoni. Z uwagą pochylił się, by obejrzeć to ustrojstwo z bliska. Wtedy rozległ się strzał, po którym padł martwy.

– Kolejny, cholerny samobójca. Skąd u was bierze się taka ciekawość? – rzekł ponuro partner, który rzekomo opuścił miejsce zbrodni. Splunął na korpus martwego detektywa, by nucąc wesołą melodią zniknąć w cieniach nowoczesnej cywilizacji

Król wisielców

Smagany okrutnym wietrzyskiem wspinam się po ostrym, pionowym urwisku. Zimne krople niczym uderzenia nieczułych pięści obijają napuchnięte ciało. Krew sączy się z głębokich ran tworząc przez moment tuż przed swą śmiercią magiczne runy opowiadające moje życie. Zakuty w kajdany cierpienia zmuszam mięśnie do nieludzkiego wysiłku. Chwytam się wystających skał. Kamienne okruszyny jak okrutna sól wchłaniają się w przeżarte ranami dłonie.

Nocne niebo przeszywane jest złotymi łańcuchami. Grzmoty uderzają tuż nade mną próbując zepchnąć mnie z obranej przeze mnie drogi. Co kilkanaście pokonanych metrów góra piętrzy się, drży w posagach jakby chciała zrzucić mnie ze swego cielska.

Złowrogi chłód kaleczy odkrytą skórę, wnika do mięśni, wygina stawy. Pcham umęczony organizm zaciągając dług u śmierci, którego nigdy nie zdołał spłacić. W katorżniczej wspinaczce matowe źrenice wyschnięte przez pożogę mojego życia jak oczy ślepego mędrca nie potrafią ujrzeć szczytu.

Zawisam w bezruchu onieśmielony brunatnym zboczem. Wijąca się w dole otchłań wyglądająca jak wąż świata spogląda lubieżnie w moją stronę. Czuję ten nienaganny wzrok świdrujący moje jestestwo. Wnika przez kolejne warstwy mięsnej zbroi, by oblizać się z groteską w obliczu mej roztrzaskanej duszy. Przygryzam wargi z trwogą nadchodzącej chwili. Następuje cisza dudniąca w głowie jak nieznośne dziecko tuż przed ołtarzem życia. W obliczu nieuniknionego zmuszam raz jeszcze w katatonicznym okrzyku mięśnie do wytężonej pracy.

Chwytam brzytwę skalną drugą ręką. Podciągam się do góry, a krew tryska z nowo otwartej rany na moją wklęsłą, zmęczoną twarz. Wzdycham z cierpienia. Klnę, wzbraniam się, a pomimo nieprzyjaznej aury wokół mnie włóczę się ku górze. Wyschnięte oczy jedynie odbijają tragikomicznie łzy niebios wzburzone stu wiekowym gniewem.

Z gracją umierającego aktora odchylam drżący korpus z każdym kolejnym krokiem, gdy smętna góra głębiej wbija swe oblicze w moje poranione, gołe stopy. Gehenna zdaje się nie mieć końca. Błyskawice ciskane z nieboskłonu odrywają głazy, które lecąc w dół próbując mnie zabrać ze sobą. Chór pradawnych śpiewa symfonię o głupcu wspinającego się po gniewnym zboczu.

Wędrówka wśród mrocznych myśli przecinana patologiczną melancholią zbiera tragiczne żniwo. Gdy zamierzam się już poddać poplamiona czerwonym wstydem dłoń sięga celu. Płomienny szczyt czarnej jak smoła góry pokryty jest rześką trawą o ostrych jak igły źdźbłach. Z ostatnim namaszczeniem wdrapuje się na dziką ziemię zapomnienia. Burza ze wściekłości podpala gęstwinę wyblakłej zieleni tworząc majestatyczny szpaler. Wodząc wzrokiem wzdłuż ścieżki dochodzę do swojego celu. Posępne, szarosrebrzyste drzewo z rozłożystymi gałęziami pozbawione życia wita mnie przerażającym widokiem.

Jak męczennik z dyndającymi bezwładnie rękoma snuję się po koszmarze. Ogniste języki liżą wilgotne ciało umęczone zdychającą duszą. Na końcu upadam dnia trzeciego przed powieszonym Wszechojcem zwisającym z najgrubszej gałęzi. Król wisielców, bóg szubienic przebity pozłacaną włócznią otwiera oko wciąż pełne boskiej władzy, by z blaskiem świtu dnia następnego ukoić moje zmartwienia. Odchodzi dnia dziewiątego w zadumie, smutku, pogrążony w żałobie.

Drzewo przemówiło do niego w jego snach, gdy umierał przez dziesięć dni i nocy. Pokazało niestrudzonemu Wędrowcy, synowi Wojownika jego marny los, którego nie będzie mógł wstanie zmienić. Odwrócił się do mnie ostatni raz zanim przeobraził się w wielkiego orła. Jedna boska łza spłynęła po policzku i ukryła się w gęstej, długiej brodzie. Teraz była moja kolej, by stać się królem wisielców, by uzyskać odpowiedź na swoje okrutne pytanie. Czy można zbawić jeszcze moją duszę?

1 2