×
Menu

Darthmagik

Magiczne drzwi do mrocznego świata wyobraźni

Home

Medium: Mroczny pasażer, Prolog – część I

Pioruny ciskane z nocnego nieba zwiastowały zagłuszone zostały przez skrzypiące drzwi do posterunku. Do środka wszedł mężczyzna ubrany w długi, czarny płaszcz. Jego twarz zasłaniał cień rzucany przez duży, kowbojski kapelusz. Tylko ślepia namalowane piekielnym pędzlem obserwowały otoczenie. W lewej dłoni trzymał ciężką, rozepchaną torbę, z której jak za dotykiem magicznej różdżki dokładnie co sześć sekund kapała czerwona, lepka substancja.
Deski uginały się pod stopami wyginając się pod każdym krokiem. Grzmoty dobiegające zza okna zagłuszały trzask pękającego drewna. Szedł dostojnie, nie spiesząc się za bardzo. W równym tempie przybliżał się do policjanta siedzącego przy recepcji. Dopiero w połowie drogi posterunkowy zachłyśnięty sprośną lekturą uniósł łeb do góry i zauważył postać odziana na pierwszy rzut oka w mroczną powłokę. W chwili, gdy wędrowiec wszedł w słup światła i stanął przy drewnianej konstrukcji, stróż prawa mógł się przyjrzeć z bliska.
Gładka, ogolona skóra idealnie nakładała się na kości policzkowe. Wyraziste usta przez moment nawet nie drgnęły z wysiłku jaki musiał wkładać w dźwiganie osobliwej paczki. Rzucił wymowne spojrzenie na lekko zdezorientowanego policjanta, następnie przerzucił się na otworzony dziennik gości, by nachalnie sprawdzić listę. Gdy usłyszał dość pewny głos witający go za lady, ponownie spojrzał na ubranego w pognieciony mundur człowieka.
– Dobry wieczór. – zdjął prawą ręką zwinnie kapelusz odkrywając gęste, blond włosy idealnie ułożone pomimo że chwilę wcześniej były przygniecione przez zakrycie głowy
Posterunkowy dość szybko ocenił nocnego gościa poczynając od samego czubka aż do pasa. Dostrzegł niebystrym wzrokiem naprężoną lewą rękę ewidentnie dźwigającą duży ciężar. Dopiero wtedy pochylił się na bok dostrzegając delikatną, czerwoną stróżkę ciągnącą się od samych drzwi wejściowych aż do recepcji. Ich spojrzenia nałożyły się.
– W czym mogę pomóc? – niechętnie wydobył z siebie grzecznościowe słowa dziwiąc się, że ktoś w tak tragiczną pogodę może zjawić się na posterunku i to w późnych godzinach nocnych
Kolejny grzmot zza oknem i wyraźniejsze stukanie kropel deszczu o metalowe rynny uświadomiły policjanta, że stojący przed nim mężczyzna jest całkowicie suchy. Próbując załączyć styki w głowie, by znaleźć wyjaśnienie tego przedziwnego fenomenu nie zauważył, gdy gość uniósł ciężką torbę zapinaną od góry metalową klapą. Dźwięk podobny do wystrzału zwrócił uwagę posterunkowemu na przeciekającą paczkę.
– Jestem detektyw… Aleksander Crane, a oto grzechy mojego pasażera. – człowiek w długim płaszczu otworzył torbę. Wpierw odór uderzył w nozdrza. Następnie policjant zamarł widząc cztery upchane, świeżo ścięte głowy, z których wciąż kapała brunatna krew.