×
Menu

Darthmagik

Magiczne drzwi do mrocznego świata wyobraźni

Home

Medium: Mroczny pasażer, Rozdział I – część II

– Napastnik musiał w szale tłuc ją po całym ciele gołymi pięściami, a twarz zmasakrował leżącym tuż obok niej metalową rurką. Boże, Alex, to… ten widok… przecież to nawet nie jest ofiara. To… – Carter Donovan, jako jedyny miał odwagę wrócić do stodoły i towarzyszyć szeryfowi w oględzinach
– Napuchnięty worek mięśni z połamanych kościami. – przez jeden irytujący moment zrobiło się cicho, wręcz nieprzyjemnie. Policjant nie odpowiedział na słowa chybionego poety
– Ze wszystkich ludzi, którzy ujrzeliby taką okropność tylko ty mogłeś zamiast pogardy dla mordercy poczuć lekką bryzę ulgi. Gdy ujrzałeś to posiniaczone ciało ze zgniecioną w szaleństwie twarzą i wypływającym mózgiem musiałeś spojrzeć na własne dłonie. Pomarszczone, zmęczone, ale całkowicie niewinne. Nie ma na nich nawet jednego zadrapania. To nie my jesteśmy mordercami. – niski, zgorzkniały głos rozległ się w pomieszczeniu – Czy to jest już radość szeryfie?
– Szeryfie? – prawie niesłyszalne wołanie z czasem nabrało rozpędu, by w końcu wyrwać mężczyznę z koszmaru na jawie – Alex!
– Potrzebowałem chwili. – podwładny tylko pokiwał ze zrozumieniem
W głowie kołatała mu niestrudzona myśl, że mógł to zrobić. Porwać dziecko, które jeszcze nie poznało goryczy życia i zatłuc je na śmierć. Zgnieść czaszkę, połamać kości i zostawić sępom na pożarcie. Mógł to zrobić, a raczej istota siedząca w jego ciele. Już raz zdołała po cichu przejąć kontrolę. Teraz było trudniej. Wiedział o toczącej się w jego wnętrzu wojnie. Zagryzł dolną wargę ze zdenerwowania.
– Niestety to nie wszystko. – Carter wręczył włożoną do folii szkolną legitymację, która leżała między nogami dziewczynki. Skrawek plastiku był jak siarczysty cios w pysk. Rossie Benett, dwunastoletnia, czarnoskóra córka Johna Benetta.
Wraz z nadejściem wiosny, piątego kwietnia Eryk wbiegł roztropnie pod nadjeżdżający samochód. Kierowca nie miał żadnych szans, by ominąć chłopca. Siła uderzenia przedniego zderzaka było tak silns, że dziecko zmarło chwilę później. Nawet nie zdążyło splamić swoją krwią ulicy zanim nastąpił zgon. Tragedia rodziny Benettów wstrząsnęła całym miasteczkiem. Teraz po kilku miesiącach gorzkiej żałoby ich jedyna córka została znaleziona martwa. Zabita przez furiata gołymi pięściami. Obraz malował uderzenia wyprowadzane na ślepo z wielką agresją. Jak taka mała dziewczynka mogła zasłużyć sobie na taki los?
– Mój Boże. – odrzekł strapiony. Zanim drugi policjant mógł zareagować szeryf z pełną premedytacją dodał – Ja to zrobię. Powiedz Jackowi, że ja to zrobię. Poinformuję Johna.
– Dobrze.
– Zajmijcie się ciałem i spróbujcie przeszukać to miejsce bardzo starannie. Jest stanowczo za mało krwi, więc musiał ją skądś przenieś. Może ten szaleniec popełnił błąd, a Duncan tymczasem niech ciało zbada w prosektorium. Ja pojadę do Benetta. Jestem mu to w końcu winny. W porządku? – mówił profesjonalnym tonem, ale w środku cały dygotał mając w pamięci ostatnie spotkanie z Johnem.
– Ok. Ok. – powtórzył odrzucając myśli o biednej Rossie. Zgniatało go od środka uczucie. Prawdziwa nienawiść przetoczyła się przez żyły. Widząc odchodzącego w milczeniu Aleksandra policjant walczył ze swoimi myślami. Wymyślił już tysiąc sposobów jak ukarałby mordercę. Chociaż stał na straży prawa nie miał wyrzutów sumienia za swoje myśli. Był gotowy w apogeum nienawiści zamienić się samemu w mordercę, by ukarać stosownie furiata.