×
Menu

Darthmagik

Magiczne drzwi do mrocznego świata wyobraźni

Home

Medium – książka

MEDIUM: MROCZNY PASAŻER, ROZDZIAŁ III – CZĘŚĆ III

Czekając jeszcze chwile na uspokojenie nerwów odpalił ponownie auto i wjechał ostrożnie na asfaltową drogę. Gdy trzykrotnie upewnił się, że jest sam w samochodzie ruszył przed siebie. Miał nawet pewną myśl, która utkwiła mu gdzieś z tyłu głowy, że niewykluczone, że Lenny pomylił specyfiki. A może dostał zbyt silny środek i zamiast zagłuszać jego problemy to tylko je urealnia? Czytał kiedyś w kronice policyjnej o narkotyku, który był postrachem w latach siedemdziesiątych. Przy zbyt dużych dawkach powodował halucynacje i samobójstwo. Szybko jednak odrzucił bzdurne jego zdaniem idee skupiając się na drodze.

W końcu po monotonnej podróży zaparkował przed domem Indianina. Z wielką ulga zgasił silnik samochodu i spojrzał na uderzające o futrynę drzwi wejściowe. Nabrał powietrza w płucach chwilę przed tym, gdy zmusił ciało do wyjścia w rozgrzaną do czerwoności wydeptaną ścieżkę. Lato doskwierało od samego początku, ale dzisiaj wyjątkowo prażyło tworząc niemalże piekielną ścianę ognia.

Gdyby nie słońce wiszące w zenicie detektyw przeżywałby powtórkę z rana. Zapukał nerwowo oczekując szybciej reakcji. Nie doczekał się żadnej. Zaniepokojony widząc otwarte drzwi już z policyjnego auta wyciągnął spluwę i bardzo powoli wślizgnął się do środka. Poczuł niepokój wchodząc do zadymionego pomieszczenia. Jego obawy chwilę później urzeczywistniły się w postaci siedzącego z podciętym gardłem przyjaciela. Wielka kałuża krwi zebrała się wokół wygodnego fotela. Była ciemna, a ze względu na słabe oświetlenie pokoiku wyglądała jak smoła kapiąca z ohydnej rany.

Cięcie było na tyle głębokie, że sprawca pomimo trudności wysunął język na zewnątrz tworząc przerażający krawat. W prawej dłoni wciąż dymił przygotowany wcześniej skręt o dziwnym zapachu.

– Mój Boże. – rzekł z wielką niechęcią przecierając dłonią zmęczone oczy

Spojrzał raz jeszcze w kierunku trupa. Szczęka mimowolnie opadła w dół, a oczy trzymane przez niewidzialną siłę prawie wyskoczyły z oczodołów. Siedlisko było puste, lekko zakurzone. Nie było natomiast żadnych śladów po czerwonej fontannie. Przecierając zimny pot z czoła dotknął chłodnej skóry fotela. Nikt nie mógł przynajmniej od godziny tutaj siedzieć.

Dusząc się wybiegł z domku przez frontowe wyjście. Złapał się za kolana i próbował walczyć z narastającą nerwicą, która gromadziła się pod skórą. Sny na jawie pojawiały się coraz częściej. Niszczyły jakiekolwiek pokłady pewności siebie. Nigdy wcześniej nie czuł się tak zestresowany i bezbronny jak teraz. Z trudem trzymał emocje na wodzy pod postacią drżącej dłoni.

– Wszystko w porządku? – kobiecy głos pełen udawanej litości spowodował, że mężczyzna uniósł głowę do góry. Kilka metrów dalej stała kobieta w średnim wieku o indiańskich rysach twarzy. Spoglądała na niego z niechęcią.

– Dzień dobry. – odrzekł zachrypniętym głosem po czym kilkakrotnie odchrząknął kaszląc dość głośno – Przyjechałem do Lenniego. Wie pani gdzie on jest?

– Pojechał w stronę kanionu może z godzinę temu. Czemu go nękasz? – nie bardzo ukrywała negatywnego stosunku do niego

– Proszę pani, nie nękam. Przyjechałem prywatnie. – rzuciła wyzywające spojrzenie w jego stronę

– Prywatnie?

– Lenny to mój przyjaciel. – zmarszczyła brew jakby nie dowierzała w jego słowa

– Crane? Detektyw Crane?

– Właściwie to były detektyw, ale nazwisko się zgadza.

– O! – jej poważna, lekko przerysowana twarz nabrała łagodniejsze rysy – Lenny o tobie mówił. Przepraszam! – szybko podbiegła do policjanta – Mówił, że jedzie w stronę kanionu. Nie wiem dlaczego. Dawno się tak nie zachowywał. Nie chciał pogadać, rzucił tylko ogólnikowy opis twojego wyglądu, a ja mu przecież mówiłam, że nie mam wyobraźni do twarzy. To skąd miałam wiedzieć? No proszę powiedzieć czy nie miałam racji. Jeszcze raz przepraszam! – całą sentencję wyrzuciła z siebie na jednym wydechu

MEDIUM: MROCZNY PASAŻER, ROZDZIAŁ III – CZĘŚĆ II

Jadąc długą, falistą drogą do rezerwatu były detektyw nie czuł się komfortowo wciąż na nowo próbując odtworzyć psychodeliczną scenę. Próbował z całych sił przypomnieć każdą sentencję jaką kiedykolwiek usłyszał od Bena. Jego zmarły przyjaciel był specjalistą od okultyzmu. Był przekonany, że jego towarzysz mógł o tym fenomenie wspomnieć, ale w swojej dziurawej pamięci nie potrafił znaleźć opisu wejścia do wizji bez charakterystycznych jego cech. Więc tak naprawdę pytanie, które żądliło jego podatny umysł brzmiało dość banalnie, ale ewentualna odpowiedź przerażała – co właściwie się stało w toalecie?

– To cię trapi. Czuję to jak strach ogarnia twoje całe ciało.

– Clarkson? – na przednim siedzeniu pasażera siedział jego przyjaciel z raną postrzałową w głowie. Przewidzenie, bo tak to sobie w tamtej chwili tłumaczył, zerkało na niego za każdym razem unosząc brwi do góry.

Alex ze stresu wyhamował gwałtownie tracąc na chwilę kontrolę nad pojazdem. Wypadł z trasy, obrócił się dookoła poziomej linii na suchym, pustynnym piasku i zatrzymał się kilka metrów od asfaltowej drogi. Tylko tym razem szok nie podziałał. Rozkładający się trup wciąż gościł w samochodzie. Skręcił głową w kierunku wystraszonego kierowcy.

– Czemu się boisz? Nigdy się nie bałeś. Nigdy tak naprawdę nie dałeś sobie pomóc. Więc co się zmieniło? Skąd nagle tyle emocji gotujących się we wrzątku? Jeszcze trochę i rzeczywiście będziesz parował intensywnie z uszu. – tonacja wypowiedzi była lekka, trochę naganna zważywszy na sytuację, w której się znaleźli

– Skończ tę zabawę. Czego chcesz ode mnie? – warknął groźnie akcentując każdą sylabę

– Aleksandrze Cranie masz coś co do mnie należy i chcę to odzyskać. – oziębłość wypowiedzi była tak perfidna i mało subtelna, że przez moment bohater poczuł dreszcz zsuwający się mu po karku w dół pleców

– Słucham? Że co?

Karykaturalnie uśmiechnięty truposz zrobił się poważny. Wyprostował się wyginając ciało nienaturalnie do tyłu. I jednym zamaszystym ruchem sięgnął prawią dłonią napiętej szyi policjanta. Ścisnął tak mocno, że ofiara nie miała siły się bronić. Wtedy spojrzał w wystraszone, szkliste oczy i rzekł grubym, władczym głosem.

– I oddasz mi to chociażbyś miał stracić przy tym życie!

W następstwie tych słów uderzył człowieka o zamknięte drzwi od strony kierowcy. Gdy Crane odzyskał panowanie nad sytuacją zjawy już nie było. Siedział zdezorientowany. Pot spływał mu z czoła jakby dopiero co wyszedł spod prysznica. Paliło go gardło, a mięśnie wokół szyi krzyczały z bólu. Przez pierwszych kilka minut nie mógł wypowiedzieć żadnego słowa. W końcu otworzył drzwi i wybiegł z samochodu. Po chwili potknął się o wystający kamień i upadł na na kolana. Odpychając się niezgrabnie od powierzchni przepełznął dobre kilka metrów zanim zwymiotował.

– Co się ze mną dzieje? Cholera jasna! – odszedł na trzy kroki od wielkiej, śmierdzącej kałuży i runął zmęczony na ziemię. Słońce już o tej porze dokuczało. Było grubo powyżej trzydziestu stopni chociaż do południa zostały jeszcze ponad dwie godziny. Próbował złapać oddech.

Gdy czerwony piasek porządnie się nagrzał i zaczął go soczyście podpiekać wstał niechętnie. Z trudem doczołgał się do wozu, zamknął drzwi i włączył klimatyzację. Dopiero strumień zimnego powietrza sprawiło, że powoli odzyskiwał psychiczną równowagę. Wyjął z kieszeni paczkę papierosów. Trzęsącą się dłonią próbował podpalić fajkę, ale nie mógł utrzymać zapalniczki w jednym miejscu. Zdenerwowany na swoją dekoncentrację cisnął do tyłu całe oprzyrządowanie.

– Co się ze mną dzieje? – rzucił puste pytanie, które pozostało bez odpowiedzi

MEDIUM: MROCZNY PASAŻER, ROZDZIAŁ III – CZĘŚĆ I

Informacja o śmierci dobrego kumpla rozbiła i tak już liche pokłady samozaparcia. Jak grzmot z jasnego nieba wiadomość rozbiła ich mentalność na atomy. Dla nich czas się zatrzymał w karykaturalnej pozie wyśmiewając ludzkie relacje. Każdy na własny sposób odczuł grozę. Wszyscy nie mogli uwierzyć w ponurą wiadomość o śmierci bliskiego kolegi. Jednak najcięższa próba dopiero była przed nimi. Musieli przekroczyć próg piekła, ujrzeć cierpienie na własne oczy, by z zaciśniętymi pięściami wykonać tę cholerną pracę.

Fale przychodziły seriami. Smutek i niedowierzanie wytrącił ich z równowagi. Kolejny cios w pysk przyniosło wyparcie, ale to gniew dodał im siły. Przez łzy starali zebrać jak najdokładniej tylko potrafią materiał dowodowy. Nie mogli pozwolić, by śmierć Thomasa Duncana poszła na marne. Próbowali odnaleźć w tym szaleństwie punkt zaczepienia, by samemu nie wpaść w obłęd.

– Wiem co chcesz powiedzieć. Damy radę, musimy dać radę. Nie potrzebujemy pomocy federalnych. – stanowczy, trochę groteskowy głos Rubina zaskoczył pozytywnie szeryfa. Dla takiej postawy nawet on był wstanie nagiąć procedury.

– Nie zamierzałem niczego proponować. – zagrał tak dobrze, że nawet sam Alex uwierzył we własne słowa. Było to oczywiste kłamstwo. Posterunek był mały to i kadra była wąska. Żaden z nich nie spotkał się na żywo z takim bestialstwem, ale spojrzenia chłopaków były tak bardzo przekonywujące, że postanowił zaryzykować. Właściwie sam chciał uniknąć FBI, by ponownie nie rzucać cień podejrzeń na własną osobę

– Jaki jest plan szefie?

– Musimy to odpowiednio rozegrać. Ty zajmiesz się prasą. Po takim przedstawieniu nie ma możliwości, aby to ukryć. Po drugie niech Joshua poszuka podobnych spraw z najbliższej okolicy w ciągu ostatnich pięciu do dziesięciu lat w zależności od ilości. Interesuje mnie wszystko związane z okultyzmem, dziwnymi ułożeniami ciał. Cokolwiek co wpadnie mu w oko. Chcę to wszystko mieć. Ściągnij Natta Bartona z urlopu. Każdy jest teraz potrzebny i jako, że Carter jest najbardziej z nas wygadany to niech porozmawia z Sally. Są przyjaciółmi, więc może jemu będzie łatwiej powiedzieć, że jej mąż właśnie został zamordowany.

– Dobrze.

– Zbierzcie dowody, potem ciało przetransportujcie do kostnicy. Gdy wrócę sam zajmę się ciałem. Ja w tym czasie muszę się dowiedzieć o co chodzi z tymi dziwnymi symbolami. To musi mieć jakiś związek z konkretną sektą. Lenny Durant powinien coś na ten temat wiedzieć. Widzimy się po trzynastej. Tylko uważajcie. Ten drań również i na nas poluje.

Szeryf opuścił miejsce zbrodni i raz jeszcze udał się do przyjaciela. Tylko on wiedział kim naprawdę jest Aleksander Crane. Rozumiał sytuację, w której znalazł się policjant. Nie tylko wierzył, ale znał prawdę na temat drugiego świata.

MEDIUM: MROCZNY PASAŻER, ROZDZIAŁ II – CZĘŚĆ IV

– Część. – ten sam głos odezwał się z nieruchomych ust. Natychmiast umysł Crane’a dopasował tę scenę do wspomnień, gdy po raz pierwszy zetknął się z Mistrzem Marionetek. Następnie usłyszał nieznośny, krótki świergot bardzo przypominający niezdrowy chichot.

Upuścił w natłoku chorych myśli odbezpieczoną spluwę. Ta upadając niefortunnie wystrzeliła. Huk wstrząsnął szeryfem, który po chwili zorientował się, że ciało jego policjanta stoi nieruchomo tak jak je został, gdy przekraczał próg pomieszczenia chwilę wcześniej. Bardzo się zdziwił również brakiem odzewu od własnego demona. Nie usłyszał triumfalnych owacji na stojąco. Jego przekleństwo nie odważyło się wypowiedzieć ani jednego słowa. To równie było bardzo zastanawiające.

Starając się równomiernie oddychać nieśmiało zerkał w stronę ofiary. Był zawieszony w dziwnym emocjonalno-fizycznym stanie. Czuł jakby zaraz miał upaść ze względu na utratę równowagi, ale ten ostatni krok w przepaść nie nadchodził. Osunął się na ziemię. Gdy opanował w końcu nerwy i schował jeszcze rozgrzany pistolet po wystrzale jego umysł został zalany wyrzutami sumienia. Nie mógł uwierzyć, że on, sam Aleksander Crane wystraszył się tej jakże bezsensownej scenie. Jak w ogóle śmiał się tak łatwo poddać halucynacjom?

Odliczając równo cztery minuty na zegarku postanowił zebrać resztki swoich sił. To był dobry moment słysząc ciche pojękiwanie ambulansu, który zbliżał się w stronę restauracji. Musiał tylko teraz wytłumaczyć to małe potknięcie w postaci utkwionego w ścianie pocisku. Wracając do świata żywych nawet sarkastycznie uśmiechnął się pod nosem widząc dodatkową dziurę, której był autorem.

Wyszedł początkowo słaniając się na nogach. Dopiero po krótkim treningu mięśnie na nowo przyzwyczaiły się do ciężaru ciała. Na zewnątrz zobaczył całą grupę znajomych sylwetek. Dwóch sanitariuszy w postaci Jamesa Chaveza oraz Trenta Montgomery, którzy pomagali okaleczonemu Sebastianowi. Poszkodowany wciąż nie mógł odzyskać kontaktu ze światem. Dopiero w szpitalu okazało się, że nie tylko stracił wzrok, ale morderca również okradł go ze wszystkich dźwięków przebijając bębenki.

Na tyłach sklepu stał również zmartwiony Jack Rubin z Carterem Donovanem. Początkowo nie zauważyli szeryfa wychodzącego ślamazarnie z baru zajęci nerwową rozmową. Natomiast Joshua Vince starannie wziął się do roboty przeszukując drewnianą szopę.

– Jack, możesz podejść? – zdyszany, lekko łamiący się głos przykuł uwagę zastępcy. Błyskawicznie doskoczył do przełożonego. – Mamy problem. – słysząc to mężczyzna przygotował się na najgorsze. Pomimo psychicznej blokady, którą sobie założył nie był gotowy na następującą wiadomość. Nikt z nich nie był na to przygotowany. – Thomas nie żyje.

Medium: Mroczny pasażer, Rozdział II – część III

Pierwsze co ujrzał to rozebrane ciało Duncana ustawione w pozycji modlitewnej. Płaty skóry z pleców zostały wycięte i przymocowane linkami do sufitu, by przypominały skrzydła. Mężczyzna siedząc na kolanach przechylał się lekko do przodu opierając swój ciężar czołem opartym na krzyżu. Ta konstrukcja miała ponad metr wysokości i prawie tyle samo szerokości. Zbliżając się do ofiary zauważyć można było również połączone dłonie jednym, wielkim, prawdopodobnie mosiężnym gwoździem. Tak złączone ręce opierały się o metalową rurkę wbitą na niewielką głębokość w podłogę. Bardzo szybko Alex skojarzył tę część ołtarza z narzędziem zbrodni znalezionym przy dziewczynce.
 
Na kafelkach krwią namalowane były trzy trójkąty. Środkowa figura dotykała wierzchołkiem podstawy krzyża, natomiast te boczne trójkąty odchylone były w lustrzanym odbiciu na boki tworząc iluzję narysowanej korony. Z podstawy natomiast w stronę drzwi wychodził wąż robiąc dość nierówne półkole, by jego paszcza w połowie znikała w trójkątach.
 
Dodatkowo na pozostałych wierzchołkach korony stały po trzy zapachowe świeczki, ale tylko dwie z nich były zapalone. Na trzeciej nie było żadnych śladów, by ktokolwiek próbował podpalić lont.
 
Spoglądając na przód nieszczęśnika dostrzec można było wyschnięty wosk tworzący kilka pionowych linii zaczynające się od barków. Trzy po prawej stronie i tylko dwa strumyki od lewej. Na niewygolonej klatce piersiowej był również wyryty na skórze ten sam symbol co na podłodze. Jedyną różnicą był wąż, który chował się w połowie drogi. Tym miejscem był rozpruty pępek, z którego jeszcze sączyła się niewielka ilość krwi do postawionego między ciałem a rurką małego, drewnianego wiaderka. Rana nie była zbyt głęboka.
 
Dopiero zerkając dokładnej na dwie grube belki tworzące prowizoryczny krzyż były detektyw zauważył na krańcach ramion postawione po jednym na stronę oczy. Przypominając sobie, że widział te części ciała w słoiku przypuścił, że mogą należeć do córki Benettów. Nie miał jednak pewności czy ofiar nie jest więcej.
 
Po prawej stronie od ołtarza stało rozbite lustro. Było tak brutalnie potraktowane, że praktycznie żaden skrawek nie pozostał na ścianie. Natomiast z drugiej strony panowała względna czystość. Właśnie w tym kierunku się udał i po kolei zaczął otwierać kabiny. Ku zaskoczeniu w żadnej nie było skradzionego ciała. W głowie narodziło się wstrętne pytanie – do czego potrzebuje jeszcze ciało Rossie?
 
– Tu jej nie ma. – tego głosu nie rozpoznał. Był zniekształcony jakby ktoś puścił stare nagranie i jakość materiału wołała o pomstę do nieba.
 
Odwrócił się z wycelowaną bronią kierując swój wzrok na wyjście z toalety. Nie było tam nikogo. W pierwszej chwili uwierzył, że jego mroczny gość igra z nim. Tylko do tej pory tego nie robił. Czuł w środku, że to coś o wiele dziwniejszego. Nie musiał długo czekać, gdy stanął jak wryty, gdy pochylona głowa Duncana uniosła się. Łamiąc kark głowa obróciła się zaczynając z prawej strony w kierunku Aleksandra. Wyraźnie było słychać chrupnięcia, gdy kości pękały.
 
– To… to niemożliwe. – z trudem wydobył jakiekolwiek słowa z ust
 
Szok był tak wielki, że pistolet zaczął mu ciążyć w dłoni. Zesztywniały opuścił kończynę. Pierwszy raz od felernego dnia, gdy jako młodzieniec doznał wizji i zobaczył przerażającego klauna, poczuł strach. Niekontrolowany wylew emocji paraliżujący jego ciało. Chciał rzucić wszystko i wybiec, ale jakaś niewidzialna, prymitywna siła trzymała go w miejscu. Powtarzał bez przerwy, że to niemożliwe, no bo w końcu doskonale znał procedurę wchodzenia w wizję.
 
Obserwując skręcającą głowę i śledzące go oczy przyłożył drżącą dłoń do klatki piersiowej. Serce biło jak oszalałe. To nie mogła być wizja. Bezsprzecznie negował obraz, który widział. Przedstawienie trwało dalej ku zaskoczeniu jednoosobowej widowni. Trup otworzył sine usta bardzo szeroko wyłamując dolną szczękę z zawiasów.
1 2 3 4 5