×
Menu

Darthmagik

Magiczne drzwi do mrocznego świata wyobraźni

Home

Tag: opowiadanie

Sen

By Mariusz Walczak5 października 2018in OpowiadaniaComments Off

Któregoś ranka kilka sekund przed tym jak zdołałem się przebudzić miałem sen. Widziałem w nim mężczyznę, a raczej starca z siwą, poskręcaną brodą oraz z brudnopopielatą chustą na głowie. Skrawek materiału trzepotał na wietrze, a gdy zbliżył się do mnie na wyciągnięcie ręki owa apaszka przeobraziła się w pęk tłustych, niezadbanych włosów.

Uśmiechnął się szczerząc pożółkłe zębiska. Miał płaski, bokserski nos, wypłowiałą, kilkudniową brodę, popękane usta oraz mgliste spojrzenie. Przygarbiony szedł powoli. Mijając mnie skinął głową, a będąc już kilka kroków ode mnie uniósł wyżej świecznik, którzy trzymał przez całą swą drogą w lewej ręce. Chwyt wyglądał na pewny, silny, wręcz spoglądając na jego dłoń naprężoną wokół posrebrzanego trzonu miałem wrażenie, że jego ręka należy do dwudziestoletniego młodzieńca. Zdmuchnął następnie jedną z sześciu palących się świec.

Pozostałe płomienie rozciągnięte do góry zatańczyły w powietrzu trzymając się kurczowo knotów wystających z mlecznych szczytów. Z czarnego lontu uniósł się gęsty, smolisty dym o grafitowym odcieniu układając się kilkanaście centymetrów wyżej w małe skupisko. Masa zaczęła się formować, zniekształcać, a z foremnej figury wyskoczyły pięć strzał ułożonych na wzór pentagramu. Po chwili z tych podłużnych form wykształciła się para nóg, para rąk oraz samotna na szczycie głowa. Całość przypominała dziecko tuż po urodzeniu, a gdy zerwał się wiatr zimny niczym oddech diabelski dymna wizja odeszła w zapomnienie.

Znów spojrzałem na mężczyznę idącego po wydeptanej ścieżce, która z perspektywy wyglądała jak wijący się wąż przecinający czarną, bezdenną przestrzeń i pomimo tej smolistej, gęstej czerni widziałem wyraźnie postać sunąca przed siebie. Brzęczał łańcuchem przywieszonym do spodni, gdy żelazna ozdoba dyndając na boki obijała koślawą nogę. Odwróciwszy się do mnie, starzec zdmuchnął drugą świecę. Pozostałe płomienie do tej pory jasnopomarańczowe nabrały granatowego odcienia.

Z kłębów dumy tym razem uformowało się dziecko co mogło mieć najwyżej sześć lat. Zapamiętałem jego bystre, przenikliwe, ciekawskie spojrzenie. Miałem wrażenie, że spogląda na mnie tracąc radość. Zanim krnąbrne wietrzysko zmazało niestabilne malowidło dostrzegłem posmutniałą, kamienną twarz chłopca jakby z rozczarowaniem oceniał moje dokonania, których dla niego brakowało.

Starzec w hebanowej marynarce w tym czasie stał się niewyraźnym punktem na horyzoncie, którego z trudem potrafiłem zaobserwować. Jednak odkryłem z fascynacją, że mrużąc oczy obraz przybliżał się jakbym używał lornetki. Przez chwilę zabawiałem się tym fenomenem niczym to dziecko co odeszło z grymasem na buzi. Łzy zebrały się w kącikach, zatańczyły pieśń żałobną na krańcach rzęs i uderzyły o twardą ziemię. Przy kontakcie z gruntem wydały dźwięk charakterystyczny do pluśnięcia.

Zaintrygowany spojrzałem w dół, potem zszokowany w górę, a następnie na boki. Znalazłem się pośrodku otchłani. Miała konsystencję wody, a owa spokojna ciecz wypełniała całą przestrzeń niczym ocean. Nie czułem strachu. Moje jestestwo przeszyło zachwyt. Wyobrażałem sobie jak stado dzikich koni symbolizujących me podniosłe emocje galopuje przez zalesione stepy moich uczuć. Niemalże słyszałem dudniący odgłos kopyt uderzających o podłoże.

Z tej fascynacji wybiło mnie kolejne brzydnięcie łańcucha uderzającego o tylną część uda. Posmutniały odkryłem, że tajemniczy starzec co ani przez moment, jak zakładałem, nie zatrzymał się trzyma w lewej dłoni świecznik z tylko dwiema palącymi się świecami. Pozostałe wyglądały jakby były martwe. Widziałem jak mikroskopijne demony czasu zjadają woskowe dusze.

Wtedy poczułem się nieswojo. Usłyszałem zza swoimi plecami szum zbliżający się w moją stronę. Nie odważyłem się zerknąć na potęgę, która sunęła jak tsunami. Otchłań zadrżała, a coś gwałtownie pchnęło mnie do przodu. Nagle to ja pędziłem jak oszalały, a starzec w bezruchu czekał na mnie. Widziałem na czarnym płótnie obrazy ze swego życia. Ponownie je doświadczałem w ekspresowym tempie.

Płakałem przy narodzinach, stękałem z bólu przy ząbkowaniu, spałem w łóżeczku, ogrzewałem się w matczynych ramionach, by przeskoczyć do lat szkolnych gdzie jako młodzieniec po raz pierwszy pocałowałem dziewczynę, zostałem pobity, upiłem się na imprezie czy skosztowałem magii książek. Byłem jak niespokojna żaba skacząca od historii do historii. Czas pędził niczym wicher ukazując mi licealne lata, pierwszy seks, pierwsze rozczarowania, pierwsze chwile grozy. Poznawałem na nowo twarze ludzi, których spotkałem na swej drodze. Przypomniałem sobie o stresie przy pierwszej pracy. Serce zabiło mocniej, gdy dowiedziałem się co to zdrada. Opływałem w szaleńczej samotności przez dłuższy czas.

Po chwili tej kakofonii pamięci znalazłem się na wysokości starca, który czekał jak koślawa rzeźba wyryta w drzewostanie. Spojrzał na mnie, a ja na niego. Dmuchnął ponownie w świecę najdalej ustawioną na prawo. Doświadczyłem całym ciałem jak jakaś drobna, ale istotna część mnie umiera wraz z gasnącym płomieniem. Wraz z psychicznym bólem przyszła prawda – jałowa, martwa niczym pięć zwęglonych knotów – poznałem w końcu siwego starca. Spuścił nos na kwintę, upadł na kolana i patrzył jak oddalam się od niego, jak oddalam się od własnego ja, które pragnęło uświadomić mnie o zbliżającym się końcu.

Zanim się przebudziłem oblany zimnym potem dostrzegłem na sam koniec wyginając się do tyłu tańczący na wietrze ostatni płomień lśniący niczym blask nadziei. Była to płocha, niewinna myśl, ale tylko dzięki tej szkarłatnej idei potrafiłem odetchnąć z ulgą. To był tylko zły sen, dopowiedziałem w duchu, ale gdzieś ukryła się w ciemnych, zapomnianych zakamarkach deklaracja, że życia właśnie umyka mi przez palce, a nieznośny czas dmucha w me zapalone świece.

Roztrzęsiony wytarłem pot z czoła, ubrałem się, zjadłem śniadanie i zacząłem nowy dzień. O śnie zapomniałem przed południem wracając do nieświadomej prozy codzienności.

Seryjny samobójca

By Mariusz Walczak27 czerwca 2018in Opowiadania, Sci-fiComments Off

Łysiejący mężczyzna z pokaźnym, wystającym brzuchem zaciągał ustami rozżarzony papieros. Przytrzymał dym przez chwilę w płucach po czym wypuścił z grymasem niezadowolenia na twarzy. Nie znosił smaku tego syntetycznego cholerstwa, które miesięcznie zżerało jedną czwartą jego pensji. Zawsze, gdy kończył dopalać fajkę łapał go ciężki, charczący kaszel.

– Drogie świństwo wybrałeś. Podobno smakuje jak prawdziwe gówno z początku dwudziestego pierwszego wieku kiedy ludzie uwielbiali się truć nikotyną. – zza pleców wyskoczył młodszy detektyw z roztrzepaną na boki grzywką

– Smakuje to cholerstwo dużo gorzej niż je określiłeś. – zaciągnął się ponownie z jeszcze większą niechęcią wymalowaną na podłużnej twarzy

– To po co w ogóle palisz syntetyka?

– Żeby cię wkurzyć łajzo. – wypuścił dym z ust. Po krótkiej męczarni z okrutnym kaszlem cisnął niedopałek na bok, który przeturlał się popychany przez świdrujący tej nocy zimny wiatr na krawędź budynku. Zatańczył robiąc kapryśnego fikołka, by po chwili spaść w ramiona miejskich ulic. – Dobra, weźmy się do roboty. Co my tutaj w ogóle mamy?

Jego lewe oko będące wysokiej jakości implantem zabłysnęło karmazynowym światłem. Para policjantów stała nad ciałem nagiego mężczyzny podziurawionego przy pomocy leżącym tuż obok zakrzywionego noża z prawdziwej stali. W obecnych czasach przedmiot ten można było zaliczyć do eksponatów muzealnych, ponieważ praktycznie zrezygnowano z ostrych przedmiotów w domach zastępując je androidami do prac domowych.

– Kolejny, cholerny samobójca. – odparł drugi oficer, który wyraźnie utykał na lewą stronę. Nie było go stać na droższą protezę nogi więc musiał się zadowolić podstawowym ubezpieczeniem państwowym, które przyznało mu kończynę z odzysku. Posiadała defekt w postaci słabo zginającego się kolana – To już czwarty w ciągu ostatniego tygodnia.

– Jezu. – jęknął z niechęcią – Nienawidzę tej papierkowej roboty. – rozpoczął pobieżny skan wypełniając raport podłączając się do chmury policyjnych danych – Ci ludzie to mają fantazję. Zamiast strzelić sobie w głowę to musiał się zadźgać prymitywnym narzędziem.

– I to szesnaście razy! – zauważył cynicznie – To się nazywa nienawiść do życia. – podrapał się po gładko ogolonej brodzie wyglądając na kogoś kto próbuje sobie coś przypomnieć – W zeszłą środę miałem dopiero denata z wyobraźnią. – odparł podekscytowany – Wpierw sądziłem, że podciął sobie gardło, bo taką informację dostałem od przełożonego, ale okazało się, że gościu obciął sobie głowę i wyrzucił do śmietnika. Rozumiesz? Do śmietnika. – parsknął zdrowo śmiechem pokazując tytanowe zęby ukształtowane na popularnej retro modzie wampiryzmu.

– To ten tutaj – kiwnął zachęcająco głową wskazując głęboką ranę ciętą na szyi przez którą można było zobaczyć język – faktycznie podciął sobie gardło zanim rozpruł sobie bebechy.

– W ogóle nie rozumiem tego chorego prawa, że do samobójców wysyłają wciąż ludzi. – splunął na twarz denata z odrazą – Powinni wysyłać jedynie androidy. Porobiłyby zdjęcia, wysłały dane i sprawę można by było zamknąć w kilka chwil.

– Przede wszystkim byłoby wygodniej. – rozejrzał się po krwawym miejscu zbrodni widząc wyraźną smugę krwi zaczynającą się od stalowych drzwi prowadzących do wnętrza budynku aż do samego ciała przeciągniętego na sam skraj dachu. Nie zwrócił zbytnio na nią uwagi – A tak to my musimy spisać protokół jakby ktoś jeszcze miał wątpliwości co tu zaszło. – podniósł ramiona zniechęcony do swoich obowiązków – W ogóle – wyciągnął kolejną syntetyczną fajkę przy dezaprobacie partnera – zauważyłeś, że po wprowadzeniu nowego prawa zakazującego morderstw ludzie częściej popełniają samobójstwa?

Niższy mężczyzna pokuśtykał w prawą stronę unikając szarego dymu papierosowego lecącego w jego stronę. Nie zważając na miejsce zbrodni podeptał dowody przeskakując ułomnie nad trupem. Przywołał po chwili wiszącego w powietrzu drona, który złożył się w locie w małą kostkę Rubika. Detektyw schował narzędzie do kieszeni swego brązowego płaszcza.

– Poważnie? – odchrząknął starając się przemyśleć temat – Naprawdę? Jakoś nie zauważyłem. – klepnął przyjacielsko w plecy – Za dużo czytasz głupot. Teraz masz tego efekty! Jakieś głupkowate teorie spiskowe. Daj sobie spokój. – odparł kąśliwie gibiąc się jak wahadło od starego zegara puszczone w ruch

– Może masz rację. – dopalił drugą fajkę wiedząc, że po niej pozostanie moralny kac w postaci uciążliwego bólu głowy. Przełknął gorzką ślinę wiedząc, że w apartamencie czeka na niego duża dawka płynnego środka przeciwbólowego, którego bez żadnych skrupułów będzie mógł zażyć – Chyba ludzi od pewnych rzeczy się nie oduczy.

– Dokładnie! W końcu – podszedł bliżej krawędzi, by wskazać palcem na rozłożone na horyzoncie slamsy jak rak toczący zdrową tkankę miasta – rząd zakazał dawno temu biedy, a oni wciąż siedzą w tej chorej dziczy. Dlaczego? – zaczął wymachiwać rękoma jakby tłumaczył zawiłe pojęcia filozoficzne – A już ci mówię. To z przyzwyczajenia. Tak samo tutaj. Ludziom zakazali mordować to zabijają siebie, bo nie mogą się zasymilować do nowego trybu życia.

Drugi mężczyzna słuchał uważnie przytakując w zadumie. Po wypaleniu dwóch cynicznie obrzydliwych smakowo syntetycznych papierosów, spisaniu protokołu zgodnie z przyjętą ustawą o zakazie morderstw oraz posłuchaniu kolejnego wywodu na temat ludzkiej natury, postanowił, że na dzisiaj ma dość.

Ponadto był środek nocy. Obaj byli wkurzeni z tego powodu, że zostali przymusowo ściągnięci do samobójstwa, więc nie przedłużając tej okropnej męczarni postanowili rozejść się do domów. Filozof szybko opuścił dach wieżowca. Łysiejący detektyw jeszcze zarzucił spojrzeniem na panoramę rozświetlonego pstrokatymi reklamami miasta. Zerknął z niechęcią jeszcze raz, by uspokoić sumienie, na nagiego denata. Podszedł bliżej, gdy ujrzał błyszczący się przedmiot niewielkich rozmiarów. Trup trzymał „coś” w dłoni. Z uwagą pochylił się, by obejrzeć to ustrojstwo z bliska. Wtedy rozległ się strzał, po którym padł martwy.

– Kolejny, cholerny samobójca. Skąd u was bierze się taka ciekawość? – rzekł ponuro partner, który rzekomo opuścił miejsce zbrodni. Splunął na korpus martwego detektywa, by nucąc wesołą melodią zniknąć w cieniach nowoczesnej cywilizacji

Król wisielców

Smagany okrutnym wietrzyskiem wspinam się po ostrym, pionowym urwisku. Zimne krople niczym uderzenia nieczułych pięści obijają napuchnięte ciało. Krew sączy się z głębokich ran tworząc przez moment tuż przed swą śmiercią magiczne runy opowiadające moje życie. Zakuty w kajdany cierpienia zmuszam mięśnie do nieludzkiego wysiłku. Chwytam się wystających skał. Kamienne okruszyny jak okrutna sól wchłaniają się w przeżarte ranami dłonie.

Nocne niebo przeszywane jest złotymi łańcuchami. Grzmoty uderzają tuż nade mną próbując zepchnąć mnie z obranej przeze mnie drogi. Co kilkanaście pokonanych metrów góra piętrzy się, drży w posagach jakby chciała zrzucić mnie ze swego cielska.

Złowrogi chłód kaleczy odkrytą skórę, wnika do mięśni, wygina stawy. Pcham umęczony organizm zaciągając dług u śmierci, którego nigdy nie zdołał spłacić. W katorżniczej wspinaczce matowe źrenice wyschnięte przez pożogę mojego życia jak oczy ślepego mędrca nie potrafią ujrzeć szczytu.

Zawisam w bezruchu onieśmielony brunatnym zboczem. Wijąca się w dole otchłań wyglądająca jak wąż świata spogląda lubieżnie w moją stronę. Czuję ten nienaganny wzrok świdrujący moje jestestwo. Wnika przez kolejne warstwy mięsnej zbroi, by oblizać się z groteską w obliczu mej roztrzaskanej duszy. Przygryzam wargi z trwogą nadchodzącej chwili. Następuje cisza dudniąca w głowie jak nieznośne dziecko tuż przed ołtarzem życia. W obliczu nieuniknionego zmuszam raz jeszcze w katatonicznym okrzyku mięśnie do wytężonej pracy.

Chwytam brzytwę skalną drugą ręką. Podciągam się do góry, a krew tryska z nowo otwartej rany na moją wklęsłą, zmęczoną twarz. Wzdycham z cierpienia. Klnę, wzbraniam się, a pomimo nieprzyjaznej aury wokół mnie włóczę się ku górze. Wyschnięte oczy jedynie odbijają tragikomicznie łzy niebios wzburzone stu wiekowym gniewem.

Z gracją umierającego aktora odchylam drżący korpus z każdym kolejnym krokiem, gdy smętna góra głębiej wbija swe oblicze w moje poranione, gołe stopy. Gehenna zdaje się nie mieć końca. Błyskawice ciskane z nieboskłonu odrywają głazy, które lecąc w dół próbując mnie zabrać ze sobą. Chór pradawnych śpiewa symfonię o głupcu wspinającego się po gniewnym zboczu.

Wędrówka wśród mrocznych myśli przecinana patologiczną melancholią zbiera tragiczne żniwo. Gdy zamierzam się już poddać poplamiona czerwonym wstydem dłoń sięga celu. Płomienny szczyt czarnej jak smoła góry pokryty jest rześką trawą o ostrych jak igły źdźbłach. Z ostatnim namaszczeniem wdrapuje się na dziką ziemię zapomnienia. Burza ze wściekłości podpala gęstwinę wyblakłej zieleni tworząc majestatyczny szpaler. Wodząc wzrokiem wzdłuż ścieżki dochodzę do swojego celu. Posępne, szarosrebrzyste drzewo z rozłożystymi gałęziami pozbawione życia wita mnie przerażającym widokiem.

Jak męczennik z dyndającymi bezwładnie rękoma snuję się po koszmarze. Ogniste języki liżą wilgotne ciało umęczone zdychającą duszą. Na końcu upadam dnia trzeciego przed powieszonym Wszechojcem zwisającym z najgrubszej gałęzi. Król wisielców, bóg szubienic przebity pozłacaną włócznią otwiera oko wciąż pełne boskiej władzy, by z blaskiem świtu dnia następnego ukoić moje zmartwienia. Odchodzi dnia dziewiątego w zadumie, smutku, pogrążony w żałobie.

Drzewo przemówiło do niego w jego snach, gdy umierał przez dziesięć dni i nocy. Pokazało niestrudzonemu Wędrowcy, synowi Wojownika jego marny los, którego nie będzie mógł wstanie zmienić. Odwrócił się do mnie ostatni raz zanim przeobraził się w wielkiego orła. Jedna boska łza spłynęła po policzku i ukryła się w gęstej, długiej brodzie. Teraz była moja kolej, by stać się królem wisielców, by uzyskać odpowiedź na swoje okrutne pytanie. Czy można zbawić jeszcze moją duszę?

Bal wszystkich zmarłych

Zacięta na jednym fragmencie muzyka wypełnia salę balową, gdzie pośrodku stał wielki, drewniany stół okuty złotymi zdobieniami. Brakowało oklasków, gromkich śmiechów, zażartych dyskusji czy hucznych uderzeń o podłogę roztańczonych gości. Przysłuchując się bliżej, odrzucając irytującą w końcu nutę z gramofonu w powietrzu można wychwycić bzyczenie tłustych much. Jak miniaturowe sępy krążyły wokół makabrycznej sceny nieruchomych gości zamkniętych w osobliwym portrecie ich własnej zguby.

Na szczycie stołu ułożył się w ekscentrycznej pozie gospodarz. Siwy, rosły mężczyzna doświadczony przez życie opierał się o zdobione krzesło wygięty do tyłu. Ręce pionowo opadały do ziemi, a w prawej dłonie wciąż ściskał widelec z nadzianym kawałkiem soczystej cielęciny. Z gardła wystawała rękojeść noża, a leniwa stróżka krwi rysowała po delikatnej, gładkiej skórze rzekę histerycznej rozpaczy.

Po jego prawicy siedziała jego żona. Rudowłosa piękność o błękitnym spojrzeniu. Nie przypominała siebie z lat świetności będąc utopiona w zupie pomidorowej. Jej owalna twarz nadal zażywała opłakanej w skutkach kąpieli. Minęło jednak wystarczająco dużo czasu, gdyż wzburzone fale na talerzu schowały się pod bladoczerwoną taflą dania.

Obok kobiety leżał mężczyzna. Młody, wysportowany ze złamanym karkiem wykrzywionym po niefortunnym upadku wprost uderzając o krawędź siedzenia pobliskiego krzesła pięknie przyozdobionego skórkowym wykończeniem. Twarz wykrzywiła się w karykaturalną postać klauna z wysuniętym, lekko napuchniętym jęzorem. Całość tragikomicznej fasy dopełniały szeroko rozstawione ramiona jakby ów człowiek próbował z radości objąć szczęście. Spotkał jedynie chłód zawodu.

Na kolejnym miejscu w tej wesołej wyliczance znajdowała się kobieta o śniadej cerze pokryta licznymi piegami. Jej kręcone, czarne włosy podkreślały wyjątkowe rysy twarzy sprawiając jednocześnie życzliwe, dzikie pożądanie wśród mężczyzn. Była najprawdopodobniej kochanką wspominanego wcześniej mężczyzny. Jej nieszczególnie długie życie runęło wraz z ostatnim uderzeniem serca. Nie był to zawał lecz przewrotny los, który zadrwił z jej delikatności. Żyrandol urwał się spod sufitu. Z impetem spotkał się z blatem solidnego stołu i oderwana część ostra jak mityczna katana przebiła jej klatkę piersiową.

To nie była jedyna ofiara spadającej, świetlistej bomby. Dwójka przyjaciół w średnim wieku siedząca naprzeciwko siebie podniosła swoje zady do góry i nachylając się ku sobie chciała stuknąć się kieliszkami. Jednak wiszące nad nimi fatum postanowiło również skorzystać z okazji, by energicznie trzasnąć ich obu miażdżąc głowy. Jak na złość zostali połączeni wieczną przyjaźnią.

Mniej szczęścia miały ich wybranki trafione również odłamkami rozbitego żyrandolu. Czarnoskóra dziewczyna o wybitnie podniecających kształtach została oślepiona, by spędzić ostatnie minuty swego żywota w ciemnościach. Słyszała tylko krzyki mężczyzn i zawodzenie niewiast. Porażona przez strach uniosła niefrasobliwie swoje ciało osadzone na długich nogach zakończone wysokimi szpilkami. Wpierw przewróciła krzesło, potem uderzyła się o kant blatu, by odbić się od niego lądując na końcu na wystającą do góry nogę od siedliska. Przebita na wylot z wypływającymi flakami umierała w męczarniach przez kilkanaście sekund.

Jej koleżanka, którą poznała będąc jeszcze panną przyjęła na śliczną buzię kilka ostrych pocisków. W bólu podskoczyła do góry i biegnąc jak oszalała nie zauważyła leżącej na ziemi tacy z wywróconym jedzeniem. Potknęła się i mocno zdzieliła się w czoło o kant barku. To jednak jej nie zabiło. Poturbowana legła na miękkim dywanie, gdzie ze względu na niefortunny zbieg okoliczności jej krtań została zmiażdżona przez but zdezorientowanego mężczyzny. Odeszła z tego świata nie mogąc po prostu złapać tchu.

Jej przypadkowy morderca również nie miał szczęścia. Wystraszony tym co zrobił odskoczył do tyłu uderzając plecami o ścianę, na której zostały powieszone dwa kolekcjonerskie miecze. Uderzenie było tak silne, że drgania przebiegły jak stado dzikich zwierząt do góry. Wibracje popchnęły nagie ostrza wbijając się w ciało i zatrzymując się dopiero głęboko w płucach. Leniwie opadł na ziemię składając się w pół.

Ostatni uczestnik zabawy siedział po lewej stronie gospodarza. Jadł pieczoną nóżkę od kurczaka popijając ją winem, gdy całe synchronizowane przedstawienie rozpoczęło swoją farsę. Zakrztusił się alkoholowym trunkiem, by w rozpaczy uderzając się pięścią o klatkę piersiową nie zauważyć nadciągającej z wielką prędkością przeszkody, która momentalnie ścięła go z nóg. Upadł na kolana, rozbił głowę o kant stołu, by ostatecznie udusić się w pozycji embrionalnej.

Do właśnie takiego miejsca wszedł nieznajomy ubrany w dostojne szaty podkreślające jego szlachetne korzenie. Rozejrzał się zniesmaczony pruderyjnym widokiem. Obszedł dookoła nietuzinkowej wystawy perfidnego pecha. Ocenił pobieżnie wyrytą na metaforycznych piktogramach kruchą śmiertelność i z wymalowanym rozczarowaniem opuścił pomieszczenie. Widocznie nawet Śmierć potrafi się spóźnić na swój własny bal, na który zaprosiła wspomniane towarzystwo.

Jaskółka

Wyruszyłem w podróż z płaczem przymuszony bez własnej woli. Zostałem wypchnięty jak każdy człowiek z ciemnej, bezkresnej otchłani do świata pełnego harmonijnego chaosu. Co chwilę zrzucałem skórę szukając tej właściwej. Dłubałem, wyginałem, szlifowałem niedbale w glinie, z której powstałem. Błądziłem zagubiony przez uporczywy natłok myśli i ról do obsadzenia. Łgałem, cierpiałem, radowałem się, topiłem się w smutkach, umierałem przy każdym zderzeniu z okrutną rzeczywistością. Nie potrafiłem zaakceptować jej zdumiewającej natury tak innej od dziecięcych wyobrażeń. Nadal nie potrafię.

Zbyt wiele ziaren piasku w klepsydrze życia wyślizgnęło się przez moje otępiałe palce. Nieludzko zadrwił ze mnie los przy pomocy moich własnych osądów. Decyzje jakie podejmowałem w przeszłości ukształtowały karykaturalną formę błazna cierpiącego na puste, uginające się od malowniczego kurzu półki w mym prywatnym domostwie. W założeniu miały lśnić spełnionymi marzeniami. Pękać pod ciężarem pogodnych nagród, docenionych słów, a małe stópki miały wybijać skoczną melodię spełnienia.

Jednak półki są puste jak wspomniałem. Deski skrzypią, ale od samotności. Bezcielesne echo majaczy zdechłymi ambicjami, by jak żywe trupy powracać po czasie w nocnych koszmarach. Ból niespełnionego istnienia przetacza się przez ciało fizyczną formą uginając, wyginając i łamiąc wszelkie opory pozytywizmu. Stawy trzeszczą, mięśnie sztywnieją, skóra swędzi. Oto obraz człowieka z balastem chorej ambicji, z lichym kunsztem ciągnącym jak szaleniec sanie ociężałe od niepowodzeń.

Właśnie tak wchodzę w trzecie dziesięciolecie. Skołowany, uparty, cierpiący, pełny gniewu, żalu. Tylko gdzieś w oddali majaczy jak kłamliwa fatamorgana na horyzoncie jestestwa złoty punkt. Upragnione spełnienie przeobrażone w nadlatującą jaskółkę jak zwiastun obietnicy, której nikt nie wypowiedział. Czekam zatem niecierpliwie chwytając się słownej brzytwy tłumacząc zmartwionym, po części wygasłym zmysłom, że teraz pochwycimy moment, gdy nadleci ze stosowną wszechmocą kreacji.

One tak samo jak ja są znużone błąkaniem się po dzikich terenach, na których nie czeka tytuł, królestwo i księżniczka. I nie prawdą jest, że jeśli odnajdzie się drogę do własnego portretu przedstawiającego prawdziwą wizje samego siebie to życie w postaci świata stanie się łatwiejsze. Doczesna wędrówka tylko dla głupców jest delikatna jak wiosenny wicher. Z tego względu jestem zmęczony tułaczką wiecznego wędrowca. Pragnę odnaleźć spokój w domostwie pełnym zrealizowanych celów, ciepła bijącego od ognia natchnienia w kominku i słodkiej bryzy kobiecego wdzięku. Zatem w rocznicę zesłania mnie na ten pokrętny, zwichrowany byt doczesnej udręki zaciskam pięść, zagryzam wargi, by w teatralnym spokoju czekać na wspomnianą jaskółkę zmian karmiąc się, jak dotychczas, słowami własnej wyobraźni.

1 2