×
Menu

Darthmagik

"za świat, który chciałbym ujrzeć"

Home

Medium: Mroczny pasażer, Rozdział I – część V

– Jest w ogóle o czym? Człowieku, jesteś ostatni na mojej liście osób, które chciałbym teraz widzieć, a co dopiero porozmawiać. – miał ogromne pretensje do Aleksandra, że ten nie posłał za więzienne kraty kierowcę, który śmiertelnie potrącił jego syna. Nie dochodziły do niego żadne argumenty. Nie chciał przyjąć do wiadomości, że to jego mały chłopczyk był tylko winny tragedii. Po prostu nie mógł sobie na to pozwolić.
– Mogę wejść?
– Żartujesz? Powiem grzecznie: ni chuja! Gadaj co masz do powiedzenia i spieprzaj z mojej werandy!
– Wiesz gdzie jest Rossie? – ignorując zaczepki policjant starał się zachować zimną krew
– Nawet się nie waż z nią rozmawiać. Rozumiemy się? – postawmy mężczyzna o głowę wyższy od bohatera zacisnął pięści. Wzburzony patrzył się gniewnie.
– Utrudniasz. – wyszeptał Crane, ale nie zdawał sobie sprawy z tego, że powiedział to na tyle głośno, że jego rozmówca wychwycił wypuszczone na wietrze słowo. Wtedy impuls rodzicielski wręcz zatrząsnął wielkim cielskiem próbując połączyć ze sobą niewiadome.
– Chwila, chwila. Czemu pytasz o moją córeczkę?
Spojrzeli na siebie. Wymalowana powaga cuchnąca smutkiem na twarzy Alexa zbiła z tropu wielkoluda. Błyskawicznie poczuł jak chwieją mu się nogi. Starał zachować rozsądek, ale fala rozpaczy zalała jego organizm. W kącikach oczu pojawiły się łzy. Zmuszając się, by się nie rozpłakać przed znienawidzonym człowiekiem wykrztusił z siebie prorocze pytanie.
– Ona nie żyje?
– Przykro mi John. Ona nie żyje.
Wielki mężczyzna lekko uderzył szeryfa w klatkę piersiową. Powtórzył jeszcze trzy razy zanim upadł na deski. Przez jego zrujnowane królestwo przeszła kolejna tragedia. Po fali rozpaczy, gdy oczy wyschły przypominał zahipnotyzowanego niewolnika. Siedząc oparty o ścianę wpatrywał się przed siebie. Nie myślał o niczym. Po prostu się wyłączył. Crane usiadł obok niego i nie odzywając się ani słowem czekał cierpliwie jak John wróci z otchłani. Pustka trwała co najmniej kwadrans. Minuty dłużyły się. Ociężałe z żałoby snuły się po kalendarzu życia.
– Jak zginęła?
– Została zamordowana.
– Jak zginęła? – powtórzył bezmyślnie pytanie
– John? – musiał powtórzyć co najmniej jeszcze trzykrotnie, by dotrzeć do rozmówcy
– Tak?
– Czy Rossie gdzieś wczoraj wychodziła?
– Miała być u swojej przyjaciółki. Prosiła, błagała aż w końcu się zgodziłem. Miałem chociaż na jedną noc zapomnieć, że jej braciszek umarł. Nawet wysłała mi wiadomość jak tylko doszła do Cindy.
– Gdzie mieszka Cindy?
– Dwie cholerne przecznice dalej. Rozumiesz, dwie przecznice. Nawet nie chciało mi się jej odprowadzić. Tyle razy latała tam sama, że stwierdziłem, że teraz też sobie poradzi. Dwie przecznice. Cholera jasna!