Post Image

W moim umyśle tysiące nienarodzonych światów zderzają się ze sobą w każdej milisekundzie mojego życia tworząc serie niekończących się poetycki eksplozji, wybuchów prozy oraz literackich detonacji. Poznaję i znam na wieczność historie setki tysięcy bohaterów, którzy nigdy nie wyjdą z mroku pustej fantazji i nigdy nie zobaczą światła zrodzenia. Jestem bezradnym alchemikiem, który jak stereotypowy łotr z niskich lotów opowiadań poszukują rozwiązania, aby kupić nieco czasu tworząc płynne złoto z niczego.

Pełen rozgoryczenia i smaku porażki w ustach mogę jedynie oglądać spektakl niezliczonych połaci pomarańczowych, fioletowych, bordowych stepów, ogromnych, mrocznych i zabawnych lasów oraz wysokich, potężnych i majestatycznych gór rodzących się w mojej chorej głowie. Słyszę szum płynących rzek wijących się jak węże w stronę horyzontu i gromy fal rozbijających się o ostre brzegi najprzeróżniejszych kontynentów, o których nawet najwspanialsi nie śnili.

W moim umyśle samoistnie rodzą się ponure dialogi, patetyczne przemowy, prześmiewcze rozmowy, chwytające za serce debaty, nic nie znaczące rozmówki, wywiady, pogawędki oraz genialne szermierki słowne. Te wszystkie słowa są jak fajerwerki na Sylwestra – jest hucznie, tłoczno, kolorowo i powstają całą kaskadą wypełniając każdy wolny zakamarek mojego istnienia. Są jak bańki mydlane, gdyż rodzą się o świcie pomysłu i jak grom z jasnego nieba eksplodują, dudnią, hałasują i umierają na autostradzie zapomnianych pomysłów.

W moim umyśle powstają obrazy niczym pejzaże wybitnych malarzy o różnobarwnych emocjach, sceny niczym wyrwane z kontekstu urywki znakomitych filmów poprowadzonych przez genialnych reżyserów, którzy marzą o stworzeniu wielkich dzieł sztuki. Bez przerwy, bez wytchnienia i przede wszystkim bez pozwolenia o każdej porze dnia i nocy moje pióro czy to z atramentem inspiracji bądź z wyschniętym kałamarzem olśnienia rysuje kształty, motywy, idee oraz wieczne prawdy wyryte w mózgoczaszce.

Ten natłok niepokornych myśli, anonimowych aktorów, bogatych scenografii i zwinnych scenariuszy są przeklętym darem o ciężaru krzyża, gdyż mózg puchnie, nadyma się, zniekształca, rozrasta i napiera na czaszkę i na jestestwo. Ta żyjąca własnym życiem fanaberia o wiecznym głodzie nowych pomysłów zbudowanych ze suchej słomy narzuca na mój garb coraz to większy dług, którego nie jestem wstanie spłacić. I właśnie ten dług zżera moją duszę.

Fale nienapisanych opowiadań nakładają się na siebie tworząc białą pustkę kartki i rodząc niepokorną frustrację, pierwotny lęk oraz narzucając odwieczne zmęczenie na szorstki, tępy umysł. Jestem jak schizofrenik słyszący nieswój głos w głowie, jestem jak opętany widzący rzeczy wyrywające się prawom fizyki oraz jestem jak szalony naukowiec odkrywający zupełnie nowe światy schowane pod cienką kurtyną obłędu. Jestem aberracją zdrowego umysłu, jestem histerią niecierpliwości, jestem fiksacją niezdrowej agonii twórczości i jestem obsesją pożartą przez swój własny „sukces” na ziemi niczyjej.

Nie jestem pisarzem, wszechstronnym amatorem, orędownikiem dobrego słowa czy też śmiałym talentem czystej wody natchnienia. Jestem… niespełnionym szaleńcem, który utknął po drugiej stronie pióra i nie potrafi wyrwać się z tej obrzydliwej, egoistycznej manii poszukiwań namiastki chwały oraz czerstwego kultu. I chociaż wiem, że ta paranoja jak chochlik łamie mój kręgosłup moralny to jestem bezsilny wobec mojego umysłu pełnego pomysłów.

W mojej głowie brzęczy potłuczone szkło, które nie daje mi spokoju. Żąda zapłaty, wymusza uwagę. Jest nieznośne i bolesne, bo tak naprawdę niekiedy człowiek potrzebuje chwili zupełnej ciszy, ale nie stać mnie na ten luksus, gdyż jestem więźniem własnej pasji. Niezdrowej pasji. Chorej pasji, a morał tej opowiastki można zamknąć w jednym zdaniu – od szaleństwa dzieli nas jedynie cienka, atramentowa linia napisana piórem naszego ego.

Następne
Dzień przed
Comments are closed.