×
Menu

Darthmagik

Magiczne drzwi do mrocznego świata wyobraźni

Home

Inne

Król wisielców

Smagany okrutnym wietrzyskiem wspinam się po ostrym, pionowym urwisku. Zimne krople niczym uderzenia nieczułych pięści obijają napuchnięte ciało. Krew sączy się z głębokich ran tworząc przez moment tuż przed swą śmiercią magiczne runy opowiadające moje życie. Zakuty w kajdany cierpienia zmuszam mięśnie do nieludzkiego wysiłku. Chwytam się wystających skał. Kamienne okruszyny jak okrutna sól wchłaniają się w przeżarte ranami dłonie.

Nocne niebo przeszywane jest złotymi łańcuchami. Grzmoty uderzają tuż nade mną próbując zepchnąć mnie z obranej przeze mnie drogi. Co kilkanaście pokonanych metrów góra piętrzy się, drży w posagach jakby chciała zrzucić mnie ze swego cielska.

Złowrogi chłód kaleczy odkrytą skórę, wnika do mięśni, wygina stawy. Pcham umęczony organizm zaciągając dług u śmierci, którego nigdy nie zdołał spłacić. W katorżniczej wspinaczce matowe źrenice wyschnięte przez pożogę mojego życia jak oczy ślepego mędrca nie potrafią ujrzeć szczytu.

Zawisam w bezruchu onieśmielony brunatnym zboczem. Wijąca się w dole otchłań wyglądająca jak wąż świata spogląda lubieżnie w moją stronę. Czuję ten nienaganny wzrok świdrujący moje jestestwo. Wnika przez kolejne warstwy mięsnej zbroi, by oblizać się z groteską w obliczu mej roztrzaskanej duszy. Przygryzam wargi z trwogą nadchodzącej chwili. Następuje cisza dudniąca w głowie jak nieznośne dziecko tuż przed ołtarzem życia. W obliczu nieuniknionego zmuszam raz jeszcze w katatonicznym okrzyku mięśnie do wytężonej pracy.

Chwytam brzytwę skalną drugą ręką. Podciągam się do góry, a krew tryska z nowo otwartej rany na moją wklęsłą, zmęczoną twarz. Wzdycham z cierpienia. Klnę, wzbraniam się, a pomimo nieprzyjaznej aury wokół mnie włóczę się ku górze. Wyschnięte oczy jedynie odbijają tragikomicznie łzy niebios wzburzone stu wiekowym gniewem.

Z gracją umierającego aktora odchylam drżący korpus z każdym kolejnym krokiem, gdy smętna góra głębiej wbija swe oblicze w moje poranione, gołe stopy. Gehenna zdaje się nie mieć końca. Błyskawice ciskane z nieboskłonu odrywają głazy, które lecąc w dół próbując mnie zabrać ze sobą. Chór pradawnych śpiewa symfonię o głupcu wspinającego się po gniewnym zboczu.

Wędrówka wśród mrocznych myśli przecinana patologiczną melancholią zbiera tragiczne żniwo. Gdy zamierzam się już poddać poplamiona czerwonym wstydem dłoń sięga celu. Płomienny szczyt czarnej jak smoła góry pokryty jest rześką trawą o ostrych jak igły źdźbłach. Z ostatnim namaszczeniem wdrapuje się na dziką ziemię zapomnienia. Burza ze wściekłości podpala gęstwinę wyblakłej zieleni tworząc majestatyczny szpaler. Wodząc wzrokiem wzdłuż ścieżki dochodzę do swojego celu. Posępne, szarosrebrzyste drzewo z rozłożystymi gałęziami pozbawione życia wita mnie przerażającym widokiem.

Jak męczennik z dyndającymi bezwładnie rękoma snuję się po koszmarze. Ogniste języki liżą wilgotne ciało umęczone zdychającą duszą. Na końcu upadam dnia trzeciego przed powieszonym Wszechojcem zwisającym z najgrubszej gałęzi. Król wisielców, bóg szubienic przebity pozłacaną włócznią otwiera oko wciąż pełne boskiej władzy, by z blaskiem świtu dnia następnego ukoić moje zmartwienia. Odchodzi dnia dziewiątego w zadumie, smutku, pogrążony w żałobie.

Drzewo przemówiło do niego w jego snach, gdy umierał przez dziesięć dni i nocy. Pokazało niestrudzonemu Wędrowcy, synowi Wojownika jego marny los, którego nie będzie mógł wstanie zmienić. Odwrócił się do mnie ostatni raz zanim przeobraził się w wielkiego orła. Jedna boska łza spłynęła po policzku i ukryła się w gęstej, długiej brodzie. Teraz była moja kolej, by stać się królem wisielców, by uzyskać odpowiedź na swoje okrutne pytanie. Czy można zbawić jeszcze moją duszę?

Bal wszystkich zmarłych

Zacięta na jednym fragmencie muzyka wypełnia salę balową, gdzie pośrodku stał wielki, drewniany stół okuty złotymi zdobieniami. Brakowało oklasków, gromkich śmiechów, zażartych dyskusji czy hucznych uderzeń o podłogę roztańczonych gości. Przysłuchując się bliżej, odrzucając irytującą w końcu nutę z gramofonu w powietrzu można wychwycić bzyczenie tłustych much. Jak miniaturowe sępy krążyły wokół makabrycznej sceny nieruchomych gości zamkniętych w osobliwym portrecie ich własnej zguby.

Na szczycie stołu ułożył się w ekscentrycznej pozie gospodarz. Siwy, rosły mężczyzna doświadczony przez życie opierał się o zdobione krzesło wygięty do tyłu. Ręce pionowo opadały do ziemi, a w prawej dłonie wciąż ściskał widelec z nadzianym kawałkiem soczystej cielęciny. Z gardła wystawała rękojeść noża, a leniwa stróżka krwi rysowała po delikatnej, gładkiej skórze rzekę histerycznej rozpaczy.

Po jego prawicy siedziała jego żona. Rudowłosa piękność o błękitnym spojrzeniu. Nie przypominała siebie z lat świetności będąc utopiona w zupie pomidorowej. Jej owalna twarz nadal zażywała opłakanej w skutkach kąpieli. Minęło jednak wystarczająco dużo czasu, gdyż wzburzone fale na talerzu schowały się pod bladoczerwoną taflą dania.

Obok kobiety leżał mężczyzna. Młody, wysportowany ze złamanym karkiem wykrzywionym po niefortunnym upadku wprost uderzając o krawędź siedzenia pobliskiego krzesła pięknie przyozdobionego skórkowym wykończeniem. Twarz wykrzywiła się w karykaturalną postać klauna z wysuniętym, lekko napuchniętym jęzorem. Całość tragikomicznej fasy dopełniały szeroko rozstawione ramiona jakby ów człowiek próbował z radości objąć szczęście. Spotkał jedynie chłód zawodu.

Na kolejnym miejscu w tej wesołej wyliczance znajdowała się kobieta o śniadej cerze pokryta licznymi piegami. Jej kręcone, czarne włosy podkreślały wyjątkowe rysy twarzy sprawiając jednocześnie życzliwe, dzikie pożądanie wśród mężczyzn. Była najprawdopodobniej kochanką wspominanego wcześniej mężczyzny. Jej nieszczególnie długie życie runęło wraz z ostatnim uderzeniem serca. Nie był to zawał lecz przewrotny los, który zadrwił z jej delikatności. Żyrandol urwał się spod sufitu. Z impetem spotkał się z blatem solidnego stołu i oderwana część ostra jak mityczna katana przebiła jej klatkę piersiową.

To nie była jedyna ofiara spadającej, świetlistej bomby. Dwójka przyjaciół w średnim wieku siedząca naprzeciwko siebie podniosła swoje zady do góry i nachylając się ku sobie chciała stuknąć się kieliszkami. Jednak wiszące nad nimi fatum postanowiło również skorzystać z okazji, by energicznie trzasnąć ich obu miażdżąc głowy. Jak na złość zostali połączeni wieczną przyjaźnią.

Mniej szczęścia miały ich wybranki trafione również odłamkami rozbitego żyrandolu. Czarnoskóra dziewczyna o wybitnie podniecających kształtach została oślepiona, by spędzić ostatnie minuty swego żywota w ciemnościach. Słyszała tylko krzyki mężczyzn i zawodzenie niewiast. Porażona przez strach uniosła niefrasobliwie swoje ciało osadzone na długich nogach zakończone wysokimi szpilkami. Wpierw przewróciła krzesło, potem uderzyła się o kant blatu, by odbić się od niego lądując na końcu na wystającą do góry nogę od siedliska. Przebita na wylot z wypływającymi flakami umierała w męczarniach przez kilkanaście sekund.

Jej koleżanka, którą poznała będąc jeszcze panną przyjęła na śliczną buzię kilka ostrych pocisków. W bólu podskoczyła do góry i biegnąc jak oszalała nie zauważyła leżącej na ziemi tacy z wywróconym jedzeniem. Potknęła się i mocno zdzieliła się w czoło o kant barku. To jednak jej nie zabiło. Poturbowana legła na miękkim dywanie, gdzie ze względu na niefortunny zbieg okoliczności jej krtań została zmiażdżona przez but zdezorientowanego mężczyzny. Odeszła z tego świata nie mogąc po prostu złapać tchu.

Jej przypadkowy morderca również nie miał szczęścia. Wystraszony tym co zrobił odskoczył do tyłu uderzając plecami o ścianę, na której zostały powieszone dwa kolekcjonerskie miecze. Uderzenie było tak silne, że drgania przebiegły jak stado dzikich zwierząt do góry. Wibracje popchnęły nagie ostrza wbijając się w ciało i zatrzymując się dopiero głęboko w płucach. Leniwie opadł na ziemię składając się w pół.

Ostatni uczestnik zabawy siedział po lewej stronie gospodarza. Jadł pieczoną nóżkę od kurczaka popijając ją winem, gdy całe synchronizowane przedstawienie rozpoczęło swoją farsę. Zakrztusił się alkoholowym trunkiem, by w rozpaczy uderzając się pięścią o klatkę piersiową nie zauważyć nadciągającej z wielką prędkością przeszkody, która momentalnie ścięła go z nóg. Upadł na kolana, rozbił głowę o kant stołu, by ostatecznie udusić się w pozycji embrionalnej.

Do właśnie takiego miejsca wszedł nieznajomy ubrany w dostojne szaty podkreślające jego szlachetne korzenie. Rozejrzał się zniesmaczony pruderyjnym widokiem. Obszedł dookoła nietuzinkowej wystawy perfidnego pecha. Ocenił pobieżnie wyrytą na metaforycznych piktogramach kruchą śmiertelność i z wymalowanym rozczarowaniem opuścił pomieszczenie. Widocznie nawet Śmierć potrafi się spóźnić na swój własny bal, na który zaprosiła wspomniane towarzystwo.

Lustro

By Mariusz Walczak16 maja 2018in InneComments Off

Och. To znowu ty. Tym razem stoisz przed lustrem o poranku. Jeszcze myśli nie szepczą złowrogich tez, bo wciąż śpią rechotem losu. To naprawdę fascynujące, że takie dziecię nieszczęścia wciąż irytuje swoim istnieniem świat. Pada pytanie niczym niechciany bękart – jak śmiesz jeszcze narzekać? Wyglądasz niewinnie. Tylko twoje leniwe, senne spojrzenie skrywa tragiczną tajemnicę. Jesteś nikim. Zdajesz sobie z tego sprawę, ale nie ma drugiego człowieka, który tak fascynująco ukrywa przeszłość.

Pierwsza, niby niewinna, plamka na skórze tuż pod prawym okiem jest jak jedna z tysięcy małych rys świadczących o okrutnym doświadczeniu. Oj tak. Doskonale pamiętasz dzień, w którym śmierć zadrwiła z życia śmiertelników. Niczym mityczny chłopiec z opowiastek o wilku zjedzony ku przestrodze na końcu historyjki, twój przyjaciel po jednej, nieodebranej ze złości wiadomości oddał swe życie w ramiona czarnej oblubienicy.

Tuż poniżej tego posępnego posągu grozy wiją się pięć idealnie ułożonych monumentów smutku i naiwności. Och te kobiety. Każda z nich była niczym femme fatale. Jak jadowite żmije szeptały młodzieńczemu sercu strugi fałszywych nadziei. Obdarta z prawdy burza nasiąknięta fałszem przetoczyła się przez duszę i jakby nigdy nic odeszła zabierając ze sobą bezcenne cząstki ciebie. Nigdy nich nie odzyskałeś. Stałeś się cyniczny, pusty jak studnia odbijająca echo śmiertelności.

Tylko ty wiesz, że wyżłobione na policzkach słone ścieżki igrały z panią w czerni. Miotałeś się w katatonicznej symfonii złości oraz niezrozumienia. Twój niemy krzyk drążył rozpadliny na płachcie egzystencji. Wtedy też pojawiła się zmora jak cień przylegająca do ciała. Po dziś dzień szepcze złe uroki. Namawia. Pcha nieustannie istnienie ku karmazynowej pożodze rozpaczy. Jest jak legion, bo chociaż imię ma jedno to przybiera różne postacie, by w lepsze dni przypominać o sobie dźwiękiem łamanych łańcuchów.

Na nieurokliwej mapie twego żywota bystre oczy dostrzegą również inne nieszczęścia. Może ciało zapomniało już o upadku z wysokiego dachu w blasku jaskrawego słońca, ale umysł w odbiciu lustra pamięta to przerażenie. I ten ból. I ten krzyk. Zresztą – tę lekcję z pokorą odbył dwukrotnie.

Nieświadomie pocierasz dłonią o twarz. Wciąż czujesz niepewność własnego żywota. Tego nie jesteś wstanie się oduczyć. Jak w ogóle mógłbyś to uczynić pamiętając własny gniew toczący się przez ciało jak rak? Furia nienawiści skryta pośród mrocznych sępów zbiera co noc żniwo cuchnące niepowodzeniami.

Dopiero w szaleńczym amoku nieustannie pracującej wyobraźni jesteś wstanie zapomnieć o codziennej, ponurej dedukcji przeszłości, którą jesteś wstanie odczytać z kamiennej twarzy. Nareszcie obudzone myśli zagłuszają jestestwo cieni, które jak ciernie otaczają popękaną, nieszczęśliwą duszę twoją. Rytuał pojednania po raz kolejny nie przyniósł pocieszenia. Nic nie szkodzi – jutro będzie kolejny poranek przed lustrem i może tym razem znajdziesz pocieszenie.

*********

Zostawię tę informację na inny czas. Dzisiaj uchylę tylko rąbek tajemnicy – książka fantasy odnalazła swego opiekuna. Więcej szczegółów zdradzę w niedalekiej przyszłości.

Dobry dzień

Otwierasz oczy tuż przed samym świtem. Twoje zdrętwiałe ciało utwierdza cię w przekonaniu, że to będzie naprawdę dobry dzień. Otępiony siadasz na skraju łóżka. Próbujesz ogarnąć chaotyczne myśli. Dzwoni budzik. Sam nawet nie wiesz po co nastawiasz go. Codziennie budzisz się przed tą piszczącą zabawką. Zmuszasz się, by podnieść powieki wyżej. Rzucasz bezmyślne spojrzenie po bałaganie toczącym się jak rak po pokoju. Nie chce ci się sprzątać. Szkoda czasu.

Z boską pomocą wstajesz z legowiska. Słyszysz, jak za każdym razem, jak stawy wydają ten charakterystyczny dźwięk pękania. Może kiedyś połamią się naprawdę. Dziś natomiast zaprowadzą ciebie do łazienki. Odbębnisz codzienny rytuał, by na samym końcu zorientować się, że znowu nie wziąłeś ze sobą ubrań. Więc nago przetaczasz się z powrotem do sypialni. Otwierasz szafę. Na widok swojej kolekcji zastanawiasz się czemu masz tak fatalny gust.

Kilka jednakowych spodni, gładkie, białe koszulki. Kto tak w ogóle się ubiera prócz ciebie w dzisiejszych czasach? Malujesz nieświadomie na facjacie grymas rozczarowania, ale przypominasz sobie o czekającej na ciebie pracy. Teraz już wiesz czemu zawartość szafy tak wygląda. Z wielkim entuzjazmem nakładasz na siebie kolejne warstwy. Po kilku minutach udręki stajesz przed lustrem. Rzeczywiście. Szaty nie zdobią człowieka. Nie ciebie. Nie z taką facjatą i zgarbioną posturą.

Wchodzisz do kuchni zrobić śniadanie. Właściwie to miałeś, ponieważ dzisiaj jest dobry dzień. Właśnie tak. Postanowiłeś skapitulować. Nie chce ci się robić nawet najprostszych kanapek. Po co? I tak nie zjesz niczego w pracy. Szkoda zachodu. Nerwów również. Więc zakładasz niewygodne, trochę przyciasne buty. Potem zerkasz na zegarek leżący na stoliku. Dziwne. Dawno nie widziałeś kogokolwiek ze starym, tradycyjnym zegarkiem na ręku. Dzisiaj to tylko te cholerne telefony komórkowe, ale ty lubisz nosić odmierzacz czasu na nadgarstku. Czuć jego ciężar na ręce. Więc go zakładasz. Bierzesz również portfel ciężki od ulotek i tej cholernej karty bankowej z debetem oraz komórkę, którą używasz od święta.

Idziesz pieszo do pracy. Nie dlatego, że masz blisko. Nie masz prawa jazdy. Nie zrobiłeś. Nawet jakbyś miał dokument to nie stać ciebie na samochód. Więc ślimaczysz się na tej niekończącej się ścieżce. Wydaje ci się nawet, że gdy stawiasz jeden krok do przodu to droga do celu wydłuża się o dwa kolejne. Więc wzdychasz omijając pozostałości po człowieczeństwie w postaci sunących się posągów wędrujących w przeciwnym kierunku. Jakie to męczące. Prawda?

Jednak jakkolwiek byś nie szedł i tak po jakimś nieokreślonym czasie wyskakują przed tobą drzwi. Ciężkie, przezroczyste wrota do piekła. Znowu się zacznie jak tylko przekroczysz próg. Wchodzisz do środka z przymusu. Zauważasz na korytarzu dwie parasolki. Ach. No tak. Teraz już wiesz co ci nie pasowało w drodze do pracy. Padał deszcz, a ty jesteś cały mokry. Dobrze, że nie zwracają na ciebie uwagi. Właściwie to nawet jakbyś przyszedł nago to i tak by nie zauważyli. Niestety nie masz co pokazać pod tym zmoczonym ubraniem. Więc może to lepiej, że brakuje ci odwagi.

Zatem udajesz się do łazienki, bierzesz do ręki szorstki papier przypominający ci o trudach życia, by w końcu wytrzeć z siebie uciążliwe krople wody przylegające do twojego ubioru. Wzdychasz ociężale. Ponownie. Więcej czasu już nie kupisz. Wchodzisz do biura pełen entuzjazmu. Jak komik z gracją idziesz do swojego biurka ustawionego na samym rogu. Dzięki Bogu na rogu, a nie w środku tego chaosu. Otwierasz. Co to właściwie za określenie? Włączasz! Włączasz komputer – twoje narzędzie pracy. Oglądasz jak krzemowa magia dokonuje cudu na twoich oczach zmieniając energię elektryczną na obrazy emitowane na monitorze.

Chwytasz za ciężki segregator po lewej stronie. Zaczynasz stukać klawiszami, by spłacić ten cholerny debet. Właściwie czemu masz debet? Nic w mieszkaniu cennego nie posiadasz. O samochodzie już wspominałem. Więc zastanawiasz się jak to właściwie się stało. W tym całym szaleństwie niewiedzy dostrzegasz, a właściwie nie rejestrujesz pewnych codziennych dźwięków przepełniających ten cholerny budynek.

Ile razy słysząc ujadanie kobiet, mlaskanie mężczyzn, świst drukowanego papieru chciałeś oderwać dłonie od klawiatury, by następnie unieść głowę do góry. Wtedy nabrałbyś powietrza w płucach tyle ile by się zmieściło. Idąc tym tokiem obłędu krzyknąłbyś z całych sił tak głośno, by zagłuszyć innych pracowników. Robiłbyś to tak długo dopóki, by wszyscy nie ucichli. Dopiero wtedy mógłbyś wrócić do swojej cholernie nudnej pracy w ciszy i spokoju. Ale nie dzisiaj!

Majówka. Wszyscy wzięli urlop prócz ciebie. Jesteś tylko ty i łomot stukanych klawiszy. Gdybyś miał uczucia to przepełniałaby ciebie teraz pełnia szczęścia. Może i tak właściwie by było? Czas zleciał błyskawicznie. Gdy spojrzałeś na zegarek było pięć po szesnastej. Pokiwałeś twierdząco głową. To najwyższy czas, by wrócić do domu. Na pieszo. Znowu. Więc wyłączyłeś tę paskudną skrzynkę i wyszedłeś nie oglądając się za siebie. Zanim doszedłeś do celu znów się rozpadało. Tym razem zauważyłeś. Jednak nie przyspieszyłeś kroku, bo i po co? I tak kiedyś dojdziesz. Prędzej czy później.

Otworzyłeś drzwi, wszedłeś do środka. Nic się nie zmieniło. Ten sam stary, niezmieniony bałagan. Osunąłeś się powoli na podłogę opierając się ściany tuż koło futryny. Siedząc tak bez celu z twarzą niedorozwiniętego dziecka z brodą zacząłeś się wpatrywać w wiszący krzywo na ścianie kiczowaty obraz kupiony kiedyś na wyprzedaży. I wiesz co? Dzisiaj to rzeczywiście był dobry dzień.