Michael Knight R

Powiadają, że stara miłość nie rdzewieje chociażby była toksyczna jak jasna cholera. I tak właśnie jest też tak w moim przypadku. Od moich pamiętnych słów o rezygnacji minęło parę miesięcy. Wiele się w tym czasie wydarzyło – chociaż przeważnie złego. Jednak jedna myśl pomnożona przez tysiące słów kołatała mi w głowie bez przerwy. Raz potrafiła być ledwo słyszalna, by z kolejną falą przypływu być niemalże namacalna. I teraz możecie się głowić co to za myśl? Cóż to za nikczemny impuls wdarł się do mojego wnętrza i mąci naiwny spokój literackiej śmierci? Na początku też nie byłem pewien jaka jest odpowiedź i czy w ogóle powinienem na nią odpowiadać.

Przez wiele tygodni udręki „ta” myśl chodziła za mną jak cień. Szeptała do ucha naiwne obietnice jednocześnie będąc nieuchwytna przez mój rozum. I nie bez powodu wspomniałem o tysiącach, gdyż jak legion potrafiła przychodzić do mnie pod różnymi postaciami. Obdarowywała mnie obrazami namalowanymi przez moje własne pomysły, które wciąż tkwią głęboko w moim zamku myśli. Być może – jak sądziłem wcześniej – drwiła ze mnie i z mojego postanowienia. Chciała mnie upokorzyć, dobić, gdyż jak się okazuje moje życie jest usłane właśnie takimi upadkami, brutalnymi żartami, które los rzuca mi pod nogi jak kłody.

Jednak to nie była prawda. Okazuje się, że w tym niedoskonałym, złym świecie są chwile szczerości i jedna z tych szczerości do mnie przemawiała. Próbowała, gdyż ja jej nie słuchałem. Jednak po niezliczonych próbach, błaganiach, szeptach, modlitw oraz przyrzeczeń zrozumiałem przekaz. Jeszcze nie wszystko stracone. Ta myśl, która błądziła po labiryncie mojego umysłu to były nic innego jak „głosy” nienarodzonych historii, które żądają należne ich miejsce. Mogą być pokraczne. Mogą nigdy – i zapewne tak się stanie – nie osiągnąć statusu bestsellera. Mogą nie być poczytne czy też popularne. Będą nosiły w sobie moje błędy i stylistyczne rysy, ale… będą istnieć swoim życiem.

I zrozumiałem tę prawdę spoglądając z sentymentem na moją pierwszą książkę. Tak się złożyło, że miałem nie tak dawno temu sposobność ponownie zanurzyć się w upiornej wizje w pierwszym świecie, które stworzyłem. Dzieło, które zapoczątkowało moją przygodę jest – i nie bójmy się tego przyznać – brzydkie, niespójne, niedokończone i zbyt wulgarne. I w tym miejscu postanowiłem nie tylko wrócić na ścieżkę bez sukcesów, ale wrócić tak jak to zrobiłem za pierwszym razem. Otóż moi mili, ten przydługi, głupiutki wstęp to nic innego jak zapowiedź Michaela Knighta w wersji R, gdzie litera R stoi tutaj jako symbol jednego, głębszego słowa – remake.

Czas zrzucić okowy niedoskonałości i przepisać od nowa trylogię prywatnego detektywa, ponieważ jego historia zasługuje, aby ją poznać w piękniejszych, bardziej dojrzałych szatach. Jest to bowiem psychodeliczna przygoda o szaleństwie, okultyzmie, demonach i aniołach. Jednakże tym razem pojawią się nowe wątki, zaskakujące nawiązania i postacie, których nie powinno być w tym tytule a jednak wystąpią, ponieważ świat Michaela Knighta stanie się preludium do czegoś większego, do czegoś bardziej okazałego, do czegoś… co już ukazało się. I to będzie największe zaskoczenie!

I tym sposobem dochodzimy do końca. Książka powinna ukazać się pod koniec tego roku i powinna zwiastować deszcz, którego tak bardzo w swojej suchej, literackiej glebie potrzebowałem, bo to nie będzie ostatnia opowieść z miasta Haven City. Te tysiące tysięcy słów, które niecierpliwie tuptają w miejscu czekają na swoją kolej. Zatem każda historia zaczyna się od pierwszego akapitu i oby tych akapitów było jak najwięcej nawet jeśli tylko garstka ludzi pokusi się o ich zapamiętanie.

I pamiętajcie – zgodnie ze słowami oryginalnej zapowiedzi – skurwiel żyje w każdym z nas, bo od cynizmu i sarkazmu nie uciekniemy, gdyż jest to wciąż Michael Knight!